LOADING

Type to search

Nauka wdzięczności

Nauka wdzięczności

Agnieszka Maciejko 3 grudnia 2018
Share

Kiedyś na jakieś konferencji usłyszałam, że nasze myślenie działa jak lawina. Na początku lecą małe kamyczki, potem coraz większa, aż w końcu tracimy kontrolę nad tym, co się dzieje. Jak wiemy, lawina nie przynosi nic dobrego. Tak samo było u mnie z negatywnym myśleniem. Nakręcałam się w spirali takich myśli i miałam wrażenie, że świat to tylko mrok i smutek. Byłam o tym tak święcie przekonana, że żadne słońce nie było w stanie przebić się przez szarą mgłę mojej codzienności. Zmęczona tym ciągłym smutkiem pewnego dnia powiedziałam sobie dość.

Postawa serca

Od jakiś trzech lat praktykuję wdzięczność. Chodzi przede wszystkim o postawę serca, ale żeby sobie ułatwić wprowadzanie pewnych nawyków przydatne są elementy zewnętrzne i pewne „rytuały”. U mnie zaczęło się od słoika wdzięczności – ładnie go ozdobiłam, przygotowałam stosik karteczek i ustawiałam obok obrazu z Matką Boską, przy którym się modlę. Codziennie podczas wieczornego rachunku sumienia zapisywałam od punktów za co dziękuję Bogu i wrzucałam do słoika. W chwilach kryzysowych wywalałam jego zawartość i czytałam kilka losowo wybranych karteczek, żeby przypomnieć sobie, że świat jest piękny, a życie dobre. W następnym roku założyłam zeszyt, bo jednak funkcjonalność wygrywa u mnie z estetyką. Tegorocznym „zeszytem” jest kalendarz, bo na równi z funkcjonalnością stawiam na minimalizm, przynajmniej w kwestii wykorzystywanych przedmiotów.

Każdy z tych sposobów jest dobry, o ile przybliża mnie do celu – do postawy serca zwanej WDZIĘCZNOŚCIĄ. Przyznaję, że początkowo było bardzo trudno. Bo z czego się tu cieszyć po dwunastu godzinach pracy? Kolejny dzień z rzędu? Kiedy moje życie to pasmo identycznych szarych dni, w których nic się nie wydarza?

Cztery lekcje

Pierwszą rzeczą, którą nauczyłam się dzięki praktykowaniu wdzięczności było dostrzeganie małych, dobrych rzeczy. Nie zaspałam, mama zrobiła mi herbatę, włosy dobrze się ułożyły, w Biedronce była promocja na dwie bułki w cenie jednej, pani kasjerka uśmiechnięta, pani sprzątaczka poczęstowała jabłkiem, mleko do kawy ubiło się wyśmienicie. Siadałam wieczorem nad swoją karteczką i wysilając mózg, analizowałam każdą chwilę starając się dostrzec, co dobrego się wydarzyło. Z czasem stawało się to coraz łatwiejsze i ze zdziwieniem odkryłam, że niemal każdy dzień, no dobra, 80% dni w roku, jest dobra.

Oczywiście, zdarzają się dni, kiedy nic mi nie wychodzi i wszystko jakoś pechowo się układa. Ale wciąż mam dach nad głową, samą głowę, dwie ręce i nogi. Jestem zdrowa i mam do kogo zadzwonić, żeby wypłakać się do słuchawki. Jutro zrobię sobie świeżą kawę i pomaluję paznokcie, bo stać mnie na to i mam czym. W takie dni, po prostu dziękuję za rzeczy, o których zwyczajnie nie pamiętam na co dzień. I jest we mnie pewność, że to tylko jeden dzień z jakiś 20%, które trzeba zwyczajnie przetrwać.

A co w dni, kiedy ja sama jestem taka beznadziejna, do niczego i nie należy mi się nawet jeden promyk słońca (bo nawet jego nie dostaję)? Wtedy przypominam sobie, że BÓG JEST. I jest dobry, skoro cały czas obdarowuje mnie tyloma dobrami. On jest, a ja jestem Jego i … jakoś to będzie.

Bo kolejna rzecz, której nauczyłam się dzięki wdzięczności, jest optymistyczne spojrzenie w przyszłość. Nie musi być różowo – landrynkowo, ale ważne żeby było dobrze, tak po prostu. Kiedy potrafimy już cieszyć się małymi i prostymi rzeczami, kiedy już zachwycamy się oczywistościami, nasze wymagania stają się mniej wygórowane, a wycieczki w przyszłość to nie bujanie w obłokach, a realne planowanie. Przynajmniej tak było u mnie. Wdzięczność na wymaga rezygnacji z marzeń, ale sprawia, że stają się one czymś więcej niż ucieczką od teraźniejszości.

Właśnie trwanie w teraźniejszości to trzecia rzecz, której się nauczyłam. O uważności dużo się teraz mówi i pisze, ja wciąż się jej uczę. Ale jestem szczęśliwa tu i teraz. Nie BĘDĘ szczęśliwa, ale JUŻ JESTEM. Bo świat jest piękny, życie dobre, a ja jestem cholerną szczęściarą.

I ostatnia już rzecz, to napisałam powyżej. Jestem szczęściarą, naprawdę. Zobaczyłam to dopiero wtedy, gdy zaczęłam praktykować wdzięczność. Po tylu latach użalania się nad sobą i bycia sierotką Marysią, odkryłam, że jestem szczęściarą. A to, co z moim szczęściem zrobię, to już tylko i wyłącznie moja decyzja.

Niepoprawna optymistka?

Oczywiście wciąż bywają dni, gdy „nie przegonię ręką z czoła czarnej chmury”, a jedyne hasło, jakie mogę zapisać brzmi „Bóg jest”, ale następnego dnia stawiam trzy wykrzykniki i dorysowuję serduszka (polecam spowiedź albo coś). Bo muszę ostrzec, że bycie wdzięcznym i optymistą, to cholernie ciężka praca. Ja na początku naprawdę ślęczałam nad tymi karteczkami jak nad durnym zadaniem domowym. Gdy już nauczycie się dostrzegać dobro, zobaczycie też ile jest wokół bezsensownego narzekania i pesymizmu, ile strasznych i smutnych historii dzieje się codziennie. Cała sztuka polega na tym, żeby się zatrzymać, pochylić, współczuć i uczciwie pomóc, ale potem pójść swoją drogą (oczywiście, są osoby powołane, aby takimi historiami się zajmować, ale tu nie mam prawa się wypowiadać i odsyłam do takich gigantów jak Matka Teresa i spółka). Tego też się ciągle uczę, bo to trochę, jak balet. Ale wydaje mi się też, że aby umieć pomagać innym, samemu trzeba mieć siłę, a nie tkwić w beznadziejności, ot co!

Podsumowując, z pozytywnym nastawieniem jest jak z dobrą kondycją – wymaga stałej pracy i wysiłku. Ale jest opłacalna i przynosi długotrwałe efekty. Polecam serdecznie!

Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa.

Tags:

You Might also Like

Dodaj komentarz