LOADING

Type to search

Na początek – przyjaźnie

klamra 17 października 2014
Share

Dzisiaj mój pierwszy wpis na blogowni.

Dzisiejszy wpis będzie o dniu dzisiejszym i jutrzejszym. Dzisiaj opuszczam środkową cześć Polski i wyruszam na weekend do Lublina. Lubelskie to moje rodzinne strony. Jeszcze kilka lat temu nie lubiłam Lublina. Teraz z każdą wizytą czuję się tam lepiej. W zasadzie zrozumie to każdy człowiek, który będzie miał okazję przejść się wieczorem po Starym Mieście. Jednak mimo swoich uroków to nie miasto jest głównym sprawcą i powodem moich podróży. Tym powodem są moi przyjaciele. Z A. poznałyśmy się w liceum i niekoniecznie zaraz się polubiłyśmy. Ja podobno bywałam monotematyczna (podejrzanie uświęcona), ona wydawała mi się trochę niezrównoważona (czyt. zbyt szalona, zbyt beztroska, zbyt towarzyska). Pierwszy bliższy kontakt miedzy nami nastąpił w kilka dni po studniówce, kiedy to wybrałyśmy się na zupełnie bezsensowną (ale jakże przyjemną) wycieczkę objazdową po” dużych miastach” w celu nabycia doświadczeń niezbędnych przyszłym studentom. Historia tej „wyprawy” wystarczyłaby sama na ten wpis, jednak ją pominę, dyskretnie zwracając uwagę na drobny szczegół – podobno A. przeze mnie straciła szansę na miłość swojego życia. A jednak i to mi wybaczyła! Studia zaczęłyśmy w innych miastach, oddalonych od siebie o około 250 km. Telefony komórkowe nie były jeszcze powszechne, a jeśli nawet to każda rozpoczęta minuta rozmowy kosztowała minimum 3 zł plus vat. Tym sposobem na rozmowy ze stacjonarnych telefonów (jednak trochę tańsze) wydawałyśmy majątek. Najlepszym rozwiązaniem w tych czasach było zaopatrywać się w karty telefoniczne domowego wyrobu (dostępne we wszystkich akademikach), były one przynajmniej o połowę tańsze. Rozmowy umilałyśmy sobie spotkaniami nie częściej niż razy w roku. Dzisiaj niewiele się zmieniło, mieszkamy gdzie mieszkałyśmy, a osobisty kontakt utrudniają, jak nie studia i brak kasy, to często praca i…..brak kasy. Ale A.jest. I ja tez staram się być. Jak przeżywamy problemy osobiste. Jak wali się coś w naszych rodzinach. Jak martwimy się o naszych wspólnych i niewspólnych znajomych. Jak cieszymy się z naszych małych i większych szczęść. Mamy jeszcze jedną wspólną przypadłość. Mimo, że życie to wieczna sinusoida, nigdy razem nie obijamy się na jakimś dnie. Zawsze to jedna z nas jest w górze i ciągnie tę drugą coraz wyżej, do skutku, do wyjścia na prostą. Czasem nawet z tego żartujemy, wietrząc kłopoty u jednej czy u drugiej.  Ale kto tego doświadczył wie, jakim skarbem jest człowiek, który cię dźwiga, nawet z tej najbardziej śmierdzącej kałuży.

Ta druga przyjaźń to w sumie chyba nie jest przyjaźń. M. poznałam dzięki A. Do dziś świetnie pamiętam ten czas, choć upłynęło już kilkanaście lat.  Kiedy A. uznała, że jej siła perswazji, przekonywania, kolejne różańce i rozwiązania siłowe nie sprawią, że zacznę myśleć, wtedy właśnie przedstawiła mnie M. M. jest księdzem, wtedy z kilkuletnim stażem. A. mówiła, że jest mądry, więc postanowiłam zaryzykować i dać szansę ich spiskowi, który miał mnie sprowadzić na dobrą drogę. Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że 14 lat później będę rozmawiać z nim przynajmniej raz w miesiącu, często o sprawach najważniejszych.  A M. przez te wszystkie lata cieszył się moim szczęściem, kiedy byłam szaleńczo zakochana, odnosiłam sukcesy zawodowe, czy przezywałam chociażby małe zwycięstwa nad chorobą, która całkiem niedawno chciała mnie wysłać do tego lepszego ze światów. M. przez te wszystkie lata był i słuchał, kiedy bałam się żyć i umierać, żartował z kwestii najpoważniejszych, żeby budzić we mnie emocje dodające siły, cierpliwie znosił moje największe wybryki, modlił się i modlił się, i jeszcze raz się modlił. Dlaczego mam wątpliwości, czy to przyjaźń? Przyjaźń jest dla mnie relacją wzajemną, a tutaj mam wrażenie, że tylko ja ciągle dostaję i ciągle biorę, a może jednak tak do końca nie jest…..

I choć jutro będzie czas na spacer po skansenie, obiad w ulubionej naleśnikarni, ciasto stuletnie i wizytę w teatrze, to najbardziej cieszę się z czasu, który spędzę z nimi…moimi przyjaciółmi i chyba – przyjaciółmi. Bez nich mnie nie ma. Banalnie? Infantylnie? A co mi tam. Tak jest i już. Amen.

Dodaj komentarz