LOADING

Type to search

Share

Doświadczenie wolontariatu hospicyjnego pokazało mi, że dziś niewiele osób świadomie przygotowuje się do śmierci i spotkania z Bogiem. Jeśli dla kogoś nie był On ważny w codzienności, to niestety prawdopodobnie nie będzie ważny także w ostatnich dniach życia. Jeśli ktoś nie nauczył się wcześniej modlić i trwać przy Bogu sercem i umysłem, to nie nauczy się tego w chwilach zamroczenia bólem lub lekami. Przekonałam się ile prawdy jest w znanej frazie „jakie życie, taka śmierć”. Zrozumiałam też jak ważna jest modlitwa o Boże Miłosierdzie dla konających.

Już kilkakrotnie miałam okazję doświadczyć, jak wierny jest Jezus swoim obietnicom związanym z Koronką do Miłosierdzia Bożego, zwłaszcza wobec tych, którzy kończą już swoje życie na tej ziemi. Kilka lat temu, kiedy zachorowała Babcia, poczułam przynaglenie do modlitwy za nią. Nie chciała usłyszeć diagnozy, ani umierać w szpitalu, zażądała powrotu do domu. W krótkim czasie jej stan bardzo się pogorszył. Dostałam wiadomość, że powinnam jak najszybciej przyjechać, bo wszystko może się wydarzyć. Byłam akurat z rodziną w Częstochowie, więc zamówiłam Mszę św. w jej intencji, bo wiedziałam, że to ją ucieszy. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze w Łagiewnikach, gdzie powierzyliśmy ją Bożemu Miłosierdziu. Podczas odwiedzin wyjęłam obrazek z Jasnej Góry i powiedziałam Babci, że za kilka dni zostanie odprawiona za nią Msza św. Podałam dokładną datę i godzinę, choć wydawało mi się, że nie jest już w pełni świadoma. Wyszeptała z trudem, ale też z czułością: „Matka Boska Częstochowska” i jak się później okazało, były to właściwie jej ostatnie przytomnie wypowiedziane słowa. Udało się zgromadzić przy łóżku wszystkie jej dzieci i odmówić wspólnie Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Później z Babcią kontakt był już znikomy, lekarze mówili, że może umrzeć w każdym momencie, ale nie umierała. Ciocia zażartowała, że prawdopodobnie czeka na swoją Mszę. I tak właśnie się stało. Odeszła cichutko, spokojnie, we własnym łóżku, po wysłuchaniu radiowej transmisji z Łagiewnik, tego właśnie dnia.
Codzienna modlitwa o dobrą śmierć towarzyszy mi od lat. Zawdzięczam to nieznajomemu zelatorowi Apostolstwa Dobrej Śmierci, który pewnego jesiennego dnia, po Mszy w kościele warszawskich dominikanów, nakłonił mnie do podpisania deklaracji członkowskiej. Byłam wtedy początkującą studentką i nie miałam wcale ochoty modlić się o najpiękniejszą nawet śmierć dla siebie, ale niezręcznie było odrzucić zaproszenie do maryjnego stowarzyszenia. Przecież Matce Bożej się nie odmawia… I tak przez grzeczność, a bardziej jeszcze przez nieśmiałość, zaczęłam codziennie prosić Maryję i św. Józefa o przygotowanie do dobrej śmierci poprzez dobre życie. Niedługo potem, przy okazji pierwszych większych tarapatów życiowych dziękowałam za tamto zaproszenie i przynaglenie do bycia zawsze gotowym na spotkanie z Panem. Odtąd bardzo cenię sobie przynależność do tego Apostolstwa.
Pamięć o własnej śmiertelności i kruchości nie musi przygnębiać, może być po prostu życiową mądrością. Może mobilizować do wykorzystywania czasu, który jeszcze pozostał na rzeczy ważne, sensowne i owocne. Nie chodzi o to, by oswajać śmierć poprzez koszulki, czy trampki udekorowane trupimi czaszkami, ale by pamiętać, że czas życia ziemskiego jest ograniczony, a po nim następuje wieczność i warto zainwestować wszystkie siły, by spędzić ją z Bogiem i ze świętymi.

Tags:
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Dodaj komentarz