LOADING

Type to search

Miłość nie jest ślepa

Kasia Węglarczyk 23 lutego 2014
Share

Ostatnio często chodzę na pogrzeby. Taki czas. Na niektóre chodzę w gruncie rzeczy bardziej dla żywych, niż dla zmarłych – gdy umierają bliscy moich bliskich, modlitwa za tych, którzy odeszli, jest wsparciem dla tych, którzy pozostali.

A może są i inne motywacje, może weszłam już w sławetną smugę cienia, wcześniej niżby metryka nakazywała, ale jednak – z mojej klasy w podstawówce, w której było nas raptem czternaścioro, nie żyją już dwie osoby, i to od dobrych kilku lat. Więc może chodzę też na pogrzeby po części dla siebie samej, bo w tych chwilach czuję jakoś wyraźniej, że nasze życie zmienia się, ale się nie kończy. Łatwiej mi w to wierzyć, czuć kontakt z tymi, którzy są już Kościołem na inny sposób – choć naprawdę już gdzie indziej, jeszcze się wydaje, że są tu z nami, obecni, bliscy, i ta dziwna podwójność w momencie pożegnania – choć bolesna – dla mnie jest właśnie znakiem, ulgą w trudzie wiary.

A może chodzę też po to, żeby odkryć jakąś prawdę o tej osobie. Zmierzyć się z tym, co wiem, skonfrontować swoją pamięć z pamięcią innych zebranych i wzmocnić ją w ten sposób. Chcę pamiętać, nie chcę zapominać, myślę, że to jedna z podstawowych rzeczy, jakie możemy dać drugiemu człowiekowi, najprostszych i najważniejszych zarazem – pamięć.

Czasem jednak czuję się z tym ciut niewygodnie, zwłaszcza kiedy mam w związku ze zmarłym nie najlepsze wspomnienia, a przecież i to się zdarza. Albo przynajmniej nie mam zbyt wielu tych dobrych. Tymczasem jest ten piękny zwyczaj, że o zmarłych mówimy tylko dobrze. Zwłaszcza podczas okolicznościowych ceremonii. Jaką pamięć budujemy w sobie na podstawie takich oficjalnych pożegnań i jak to się ma do rzeczywistości? Ktoś darł z kimś koty całe życie, ale na pogrzebie kiwa z zapałem głową, gdy kaznodzieja roztacza przed zebranymi katalog jego cnót.

Pytanie o to, kim był odchodzący człowiek, jest w istocie pytaniem o to, komu dajemy prawo do powiedzenia o nim ostatniego słowa. Komu? Był moment, że musiałam to sobie porządnie przemyśleć. Wierzę mocno, że to ostatnie słowo należy do Pana Boga. I że nie jest to sądzenie według naszych słabości i świństw, jakie sobie niezawodnie wyrządzamy. Tak chciałby sądzić nas Szatan, i często my też tak siebie sądzimy. Kto żył jak kanalia, umrze kanalią. Kto był żałosny, umrze żałosny. Kto był kłamcą, umrze kłamcą. Proste. Bogu jednak ta wiedza nie wystarcza, On nie zadowala się prostymi kwalifikacjami. Oczywiście, zna całą moją nędzę i żałość lepiej niż ja, ale ta prawda o mnie nie jest prawdą ostateczną, na niej się nie kończy. Bóg widzi więcej, bo widzi całe piękno i dobro, do jakiego mnie stworzył i – tak – uzdolnił, niezależnie od tego, ile z tej zdolności wykorzystam. To ważne, bardzo ważne.

Jest taka krótka pieśń, która mi to wytłumaczyła: „Panie, Ty znasz moje imię, ukryte jest w Tobie. Objawiaj swoją miłość, którą zachowałeś dla mnie”. Jej autorzy (na pewno natchnieni!) piszą w komentarzu, że matki nawet wielkich przestępców często do końca bronią swoich dzieci, tłumacząc: to dobry chłopiec, on nie chciał nic złego… Światłe oczy matek, oczy ich serc, widzą głębiej dramat człowieka. Nie chodzi o to, że miłość je zaślepia. Bynajmniej. Miłość pozwala widzieć prawdziwiej, pozwala bowiem dostrzec dobro, które tkwi w każdym człowieku, choćby najgorszym łajdaku, nawet jeśli pozostaje ono czystą niezrealizowaną możliwością, w postaci wyłącznie jakiejś głęboko zasypanej intuicji. To dobro tkwi na poziomie głębszym niż fakty i zachowania, tkwi na poziomie naszego powołania, imienia, które ukryte jest w Nim, bo to On jest autorem i gwarantem naszej tożsamości. Nieraz trzeba wiele miłości, tej zachowanej mimo wszystko, aby je dostrzec. Ale ono jest.

Kilka dni temu umarł kolega. Miał ledwo trzydziestkę, a może nawet tyle nie miał, nie jestem pewna. Jechał na rowerze i nagle pękł mu wielki tętniak, o istnieniu którego nie miał pojęcia. Od tego dnia nie wyszedł już ze szpitala. Znałam go tylko z widzenia, a kojarzyłam niestety głównie z używek, w które się zaplątał i nie bardzo już umiał wyplątać. Z papierosem, skrętem, kieliszkiem – tak go widywałam. Poza tym niewiele mogę o nim powiedzieć, niewiele obrazów wykrzesać z pamięci. Nie wiadomo, ile głupot przez to narobił, jakieś na pewno. Był jednak bliskim przyjacielem mojego przyjaciela. I wiem, że oni – mój przyjaciel, rodzina tego zmarłego chłopaka – widzieli w nim kogoś więcej, niż tylko zagubionego palacza trawy. Znali go lepiej, pełniej. Znali dobro w nim.

Może więc patrząc na naszych zmarłych przez pryzmat tego, co w nich najlepsze, patrzymy w istocie na to, co najprawdziwsze, nawet jeśli tu na ziemi było to mało widoczne. Może w ten sposób nasze spojrzenie, ostatnie spojrzenie na człowieka na tym świecie, upodabnia się najbardziej, jak to tylko możliwe, do spojrzenia Boga. Tego spojrzenia, z którym on się teraz spotyka, a które jest miłością – czystą, nieuprzedzoną. Póki co, widzimy zawsze jakby w zwierciadle, niejasno.

Tags:
Następny artykuł

You Might also Like

Dodaj komentarz