LOADING

Type to search

Międzyplanetarne rozmowy

Kuba Krawczyk 25 marca 2014
Share

Dziecko płacze. Nie to najmłodsze, ale to, które spotyka się już z uczuciem zawodu, rozczarowania i obawy. Nie umie tych uczuć nazwać, ale one już się w nim rodzą.

 

Dajmy na to, że to dziecko ma 7-9 lat. Miało nadzieję, że coś dostanie, ale tego nie dostało. Bardzo chciało to mieć, a nie ma. Zaczyna płakać i daje jasno do zrozumienia, że ono tego chce… i już. To nie jest ta sytuacja, w której płaczem chce coś wymusić. To dziecko, naprawdę jest zawiedzione, rozczarowane i smutne. Co więcej, ty mu to coś naprawdę chciałeś dać i pewnie dasz mu to, ale akurat teraz nie masz. Będziesz miał to później.

 

To, czyli coś materialnego albo niematerialnego – tu może chodzić też o twój czas, twoją uwagę. Może miałeś z tym dzieckiem pograć w nogę na podwórku i tak wyszło, że jednak nie możesz. Co w takiej sytuacji robisz?

 

1. Oj, daj spokój, przestań płakać, bo się spóźnisz do szkoły. Jesteś już duży i duże dzieci tak nie płaczą i nie szantażują mamy i taty.

A może:

2. Tak, ja wiem, bardzo chciałeś, a ja ci bardzo chciałem to dać, ale widzisz, nie dało się, nie ma, ale będzie później. A może chciałbyś coś innego, też takiego ładnego i fajnego, ślicznego, bo niestety teraz nie ma, ale na pewno później będzie, teraz ci nie mogę dać, przepraszam, ale mam tu takie śliczne co innego. Itd. Itp.

A może w ogóle:

3. Ojej, faktycznie, płaczesz tak, mhm, jak płaczesz, to ja się spóźnię do pracy, ale dobra, to ja zaraz polecę do sklepu i ci kupię.

 

Na pewno wewnętrznie trochę wyprzemy się tej pierwszej postawy, bo zwykle jest w nas – dobrych rodzicach, dziadkach, babciach, ciociach, ludziach generalnie – troska. Naprawdę chcemy, żeby to dziecko przestało się smucić, żeby nie płakało, chcemy je pocieszyć. Ale… Która z tych w/w reakcji jest faktycznie pochyleniem się nad dzieckiem? Nie próbą wyjścia z opresji, ale wyjściem ku dziecku? Czy my faktycznie widzimy to dziecko? A może staramy się ugasić pożar, który wybuchł w nas?

 

Dziecko płacze – to źle, jest smutne, trzeba szybko zrobić wszystko, żeby znów było szczęśliwe. Dlaczego? Bo wtedy my też będziemy spokojni. Gdy dziecko przestanie płakać, twoje poczucie winy będzie mniejsze i wszystko wróci do ładu, spokoju i niczym niezachwianej normy. Być może wtedy twoja misja "być dobrym rodzicem – dziadkiem, babcią, ciocią, człowiekiem" zostanie wypełniona… Korczak powiedział, że "nie ma dzieci, są ludzie"…

 

Wyobraź sobie, że jest ci naprawdę smutno. Miałeś/Miałaś dostać urlop i nagrodę w pracy. Mieliście z rodziną pojechać na wakacje. Mentalnie jesteście już spakowani, wybraliście hotel, przygotowaliście trasy wycieczek. Nie dostajesz. Ani nagrody, ani urlopu. Nic nie da się zrobić. Twój kolega/Twoja koleżanka widzi, że coś jest nie tak, słyszał/a gdzieś, co się stało. Gdy potwierdzasz, że faktycznie nici z wakacji, zaczyna cię pocieszać. – Ojej. Ale nie martw się, na pewno się jakoś ułoży. Jak oni ci to mogli zrobić. Ja też tak kiedyś miałem/miałam. Nienawidzę takich sytuacji. Massssakra. Może uda się jeszcze coś wymyślić? Słuchaj, jak będziesz potrzebował/a pieniędzy, pożyczę ci. Nie martw się! Co nas nie zabije, to nas wzmocni! Itd. Itp. Chcesz tego słuchać? Potrzebujesz w tej konkretnej chwili, gdy jeszcze dźwięczą ci w uszach słowa: "nie ma urlopu i nagrody", właśnie takich zapewnień? Twoje dziecko (to z pierwszego akapitu) może czuć (w tamtej sytuacji) to samo…

 

Bardzo często włada nami imperatyw pocieszania, pomagania albo troszczenia się (bo to jest dobre, tak należy). Okazuje się jednak, że efekty poddania się tej intuicyjnej i dość oczywistej aktywności bywają dość "słabe"… Patrz wyżej. Koleżanka się troszczy, a ty nie chcesz jej słuchać… Tak samo jest z dziećmi – to też są ludzie. Mają takie same emocje, uczucia i potrzeby jak dorośli, tyle tylko, że jeszcze nieskalane dorosłymi schematami. Są szczere, przejrzyste, czyste. Zapewniasz swoje dziecko o dobrych intencjach, o tym, że mu kupisz później, a nic się nie zmienia… Przestaje po jakimś czasie płakać, ale… Czego się uczy? Co w nim zostaje? Na pewno obraz mamy albo taty, który w momencie, gdy jest smutne, wypowiada do niego setki słów, zapewniających o dobrych intencjach, gotowości pocieszenia i swego rodzaju zadośćuczynienia. Doświadczenie, że jeśli jest smutne, to dzieje się dużo różnych rzeczy…. oraz, że gdy przestaje płakać, mama i tata się cieszą. Miotła w małą rączkę i zamiatamy smutek do trzeciego pomieszczenia (tutaj pisałem odrobinę o podświadomości).

 

Jakie mogą – oczywiście nie muszą – być tego efekty za naście lat? – Dobra, już cicho. Nic mi nie jest. Dam radę. Zacisnę zęby i sobie poradzę. Chłopaki nie płaczą! – Nie będę się mazać. Jestem dorosła. Jak ryczę, to nie jestem efektywna. Nie mogę się tak zachowywać. Wszystkie uczucia "okołosmutkowe" (a jest ich mnóstwo) czasami, a może często trochę nas parzą. I nie jest to dyskomfort wynikający z samej natury tych uczuć, ale z jakiegoś niesprecyzowanego mechanizmu, który jakby automatycznie, zmusza nas do niedoprowadzenia do spotkania z przykrym uczuciem. W skrajnych przypadkach nie płaczemy w ogóle. Uciekamy przed smutkiem daleko, jak najdalej (Jasne – czasami mamy też doła, ale to inny temat. O takich stanach może innym razem :) ).

 

Czasem uciekamy przed złością, trwając w przekonaniu, że my już tacy jesteśmy, że się nie złościmy. Najbardziej ekspresyjną formą wyrażenia złości jest delikatne – ukradkiem – zaciśnięcie pięści… W Ewangelii Św Mateusza, w 25. rozdziale czytamy: "Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie". Wówczas zapytają sprawiedliwi: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?" A Król im odpowie: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili". Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: "Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie". Wówczas zapytają i ci: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?" Wtedy odpowie im: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili". I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego".

 

Ten fragment chodzi za mną już od bardzo dawna m.in. w kontekście sytuacji takich jak ta z płaczącym dzieckiem, czy kolegi, który nie dostał urlopu – troski, pocieszania generalnie, ale też… bycia miłym. Pan Jezus mówi, że jak ktoś jest spragniony, to trzeba dać mu pić, a nie nawijać o sobie i o tym, że kiedyś też mi się chciało pić i… rety, ale to było słabe, jak mi się wtedy chciało pić. Jak ktoś jest nagi, to trzeba dać mu ubranie, a nie pocieszać, że tak naprawdę nikt nie widzi tej nagości, bo jest ciemno i w sumie to żaden wstyd. Potrzeby emocjonalne – te wewnętrzne (np. wolności, zrozumienia, autonomii, odpoczynku, rozwoju, twórczości itp.) są tak samo naturalne, jak te "oczywiste" – głodu i pragnienia. Tyle tylko, że nikt nas ich nie uczy.

 

Jesteśmy w dzieciństwie wsadzani do emocjonalnych foremek, własnoręcznie ulepionych przez naszych rodziców. Mówimy, że to szkoła tłamsi naszą swobodę, nakłada klapki na oczy. Być może. Ale co my robimy naszym dzieciom? Tego nie wolno. Tak nie wypada. Nie płacz – patrz, mam tu coś superpięknego, coś, co na pewno zrekompensuje brak tamtego, którego teraz nie ma, a który lubiłeś…

 

To dziecko z pierwszego akapitu. Jest smutne. Może warto pozwolić mu być smutnym. Trwać z nim w tym smutku. Nie szukać natychmiastowego remedium, ale pomóc mu nazwać to, za czym tęskni, czego pragnie, co straciło. Dać mu czas… Wtedy zaspokoimy jego potrzebę wzięcia pod uwagę, bliskości, zrozumienia, wolności. W końcu prawdopodobnie samo powie, jak by chciało, żebyśmy mu pomogli… Jest "ale". Da się to zrobić dopiero wtedy, gdy będziemy wiedzieć, czego sami potrzebujemy.

 

Zwykle w faktycznym spotkaniu drugiego człowieka przeszkadza nam jakiś schemat – robimy to, co robili nasi rodzice. Gdy jest trudno, trzeba reagować szybko, robimy to, co najlepiej znamy, co mamy wdrukowane. Być może jesteś zaprogramowany w języku "trzeba być miłym" albo "muszę być surowy, bo tylko tak wychowam moje dziecko na dobrego człowieka", albo "muszę być łagodny, żeby nikogo nie skrzywdzić"… Te hasła zamiast pomagać nam przygarnąć drugiego człowieka – dać mu pić, jeść, przyodziać go, odwiedzić, przyjąć do domu – zmuszają nas do krążenia po jednej, niezmiennej orbicie. Są jak siła grawitacji – przyciągają i nie dają ruszyć dalej… Czy to źle? Nie mam pojęcia. Czy wyrwanie się z tych grawitacyjnych objęć "to dobrze"? Nie mam pojęcia…

 

Wiem na pewno, że ludzie – dorośli i ci niedorośli – potrzebują bliskości, zrozumienia, wzięcia pod uwagę, uznania, szacunku, wolności. Potrzebujemy tego, ale grawitacja nas trzyma i nie pozwalamy sobie na spotkanie na przykład z potrzebą twórczości. Bo artyści słabo zarabiają, bo to strata czasu, bo to jest głupie. I się kręcimy po swoich orbitach. A dzieci płaczą. Na innych planetach.

Dodaj komentarz