LOADING

Type to search

Maraton jak droga do Nieba

bartekkalucki 19 stycznia 2014
Share

O starcie na „królewskim dystansie” myślałem od lat. Od zawsze też miałem do czynienia ze sportem. Jednak maraton wydawał się taki niedostępny, zarezerwowany dla kogoś pokroju Supermana. Podobnie, moim zdaniem, jest z życiem w zgodzie z Ewangelią, z perspektywą życia wiecznego – wydaje się to zarezerwowane dla świętych herosów, a nie dla szarego Iksińskiego. Po powiedzeniu maratonowi tak, czas przystąpić do przygotowań, przede wszystkim do poszukania odpowiedniego ku temu planu. Należyte i systematyczne jego realizowanie to, jak wiadomo, elementarz.

Tak jak w wierze, tak w przygotowaniach przychodzą momenty zwątpienia. Czy podołam, czy to ma sens, znowu nie było tak jak chciałem, zmęczenie przyszło przedwcześnie, to raczej się nie uda. Przezwyciężenie tego rodzaju myśli i wyjście pomimo wszystko na kolejny trening jest podstawą osiągnięcia sukcesu. To oczywiste.

Sam bieg maratoński można podzielić na kilka etapów. Pierwsze kilometry to radość z poczucia przynależności do wielkiej maratońskiej rodziny, aplauzu kibiców, podziwie przypadkowych przechodniów, entuzjastycznych reakcjach dzieci – dla których jest się (a przynajmniej miałem taką nadzieję) niczym zawodowy sportowiec, taka namiastka Messiego. Tak jak w przypadku rodziców w momencie narodzin, następnie chrztu dziecka. Jest niesamowite szczęście, ale jest też niepewność. Niepewność ta w przypadku maratonu wywołana jest głównie perspektywą pokonania następnych 37, 30, 28 kilometrów, a do tego dochodzi jeszcze legendarna „ściana”, mająca przyjść w okolicach 30 kilometra. Dlatego też tak istotna (szczególnie na pierwszych kilometrach) jest pokora wobec dystansu, powściągliwość w przyspieszaniu i wyprzedzaniu. Później stopniowo z każdym kilometrem, od mniej więcej 10, pojawia się radość z biegania, zaczynają działać endorfiny, mobilizująca muzyka, nieodłączni kibice.

30 kilometr to prawdziwy sprawdzian z wiary w siebie. Punkt zwrotny, od którego zależy wygrana z dystansem maratońskim, ale przede wszystkim pokonanie własnych słabości. Tu już nawet muzyka z „Rockiego” na niewiele się zdaje. Wydaje się wtedy, że ból dociera do każdej komórki naszego organizmu. Przychodzą myśli, że może należy przestać, a może przejść do marszu. Pojawiają się myśli, że to i tak już dużo, że i tak będzie się czym pochwalić, że może kiedyś, za parę lat, następnym razem, że wtedy na pewno lepiej się przygotuję, coś tam poprawię. Podobnie jest z wiarą, pojawiają się momenty zwątpienia, kiedy na zawołanie Jezusa „Pójdź za Mną” odpowiadamy: „może za chwilę, koniecznie teraz?”, „może, gdy się lepiej przygotuję”, „gdy nadejdzie lepszy czas w moim życiu”.

Pokonanie tego momentu daje niesamowite uczucie, gdy meta jest w zasięgu wzroku. U mnie objawiło się to pewnego rodzaju retrospekcją z odbytych treningów, ze szczególnym uwzględnieniem tych, kiedy było ciężko. Tyle, że myśli o tym nie napawały katorgą, perspektywa mety zadziałała znieczulająco, wręcz błogo. Może to porównanie głęboko przesadzone, ale chyba od razu pomyślałem wówczas, że tak może wyglądać moment przejścia do Pana. Ponowne przeżycie swojego życia z dobrymi i gorszymi jego chwilami, ale w perspektywie pięknej wieczności, z ukoronowaniem w postaci medalu na mecie.

Leave a Reply