LOADING

Type to search

Share

O drodze do Boga przez Cerkiew Prawosławną, Greckokatolicką, aż do obrządku łacińskiego. Rozmowa z Iwanną Szemiakiną.

Adrian Kowalewski: Co kryje się pod często używanym w Kościele pojęciem „ewangelizacja”?

Iwanna Szemiakina: Sednem ewangelizacji jest spotkanie. Na początku spotkanie człowieka z człowiekiem. „Najpierw się do człowieka uśmiechasz, a potem go ewangelizujesz”. Tak powiedział mi kiedyś o. Łukasz Przybyło, misjonarz klaretyn. Chodzi o to, że najpierw spotykasz drugiego człowieka z jego problemami, z jego trudnościami. A ten drugi człowiek spotyka mnie jako świadka, z moją historią życia, z tym jak ja spotkałam Boga. Jednocześnie to spotkanie ma prowadzić do spotkania większego, głębszego. Do spotkania ewangelizatora i osoby ewangelizowanej z Jezusem.

Jak wyglądało Twoje pierwsze spotkanie z Bogiem? Twoja droga wiary ma swój początek w prawosławiu.

Zostałam ochrzczona i bierzmowana jako małe dziecko w wierze prawosławnej. Pierwsza Komunia święta odbyła się kilka tygodni później, więc wtajemniczona w chrześcijaństwo zostałam jako niemowlę. W prawosławiu tak to wygląda. Do około czwartego roku życia Mama przyprowadzała mnie Cerkwi, abym przyjęła Komunię Świętą. W Prawosławiu dzieci do 6-7 roku życia mogą przyjmować Komunię Świętą bez spowiedzi. Ja tak miałam w pierwszych latach mojego życia, natomiast potem, już Komunii Świętej nie było. Nie świętowaliśmy Bożego Narodzenia, Wielkanocy. Przynajmniej nie kojarzę. Nie miałam poczucia przeżywania Świąt. Nie mam wspomnień z Bożego Narodzenia, choinki, prezentów. Bardziej Died Moroz czyli Dziadek Mróz i te sprawy.

Kiedy osiągnęłam wiek rozeznania, czyli wiek, w którym dziecko może odróżnić Chleb Eucharystyczny od zwykłego, kiedy powinno się mnie wysłać do pierwszej spowiedzi, to tak się nie stało. W szkołach na Ukrainie nie ma lekcji religii, więc nikt nie przygotowuje, nie motywuje. Poziom wiary jest taki, jaki się wyniesie z domu i usłyszy w cerkwi. A ja nie chodziłam do cerkwi, nie umiałam się modlić, nie umiałam się przeżegnać. Kiedy miałam 10 lat, znalazłam przypadkiem broszurkę ewangelizacyjną, w której były różne pytania w formie quizu. Odpowiadałam na te pytania, a jedno z nich brzmiało mniej więcej tak: „Czyją historię znamy najbardziej?”. Jako podpowiedzi były podane różne osoby, większości nie znałam, nad dwiema zaczęłam się zastanawiać. To był Lenin i Jezus Chrystus. O Leninie czytałam jakieś historyjki z jego życia, jaki był kochany, jak lubił dzieci i tak dalej. Zastanawiałam się, Lenina ludzie chyba dość dobrze znają. Jezusa chyba też, ale nie wiem kogo znają bardziej. Ostatecznie wybrałam Jezusa. Zostało mi to. Ta sytuacja jakoś pokazuje w jakiej żyłam atmosferze. Moja rodzina była bardzo zanurzona w komunizmie. Mój pradziadek był pułkownikiem, więc był wysoko postawiony. Niektórzy z rodziny nie zostali nawet ochrzczeni.

Jednak później Bóg się o Ciebie upomniał i stworzył Ci warunki do rozwoju wiary. Na początku szkoły podstawowej przeprowadziłaś się z najbliższą rodziną do Przemyśla. Jaki to miało wpływ na Twoje życie i wiarę?

Pierwsze zderzenie z wiarą to była religia w szkole. Mama zapisując nas na lekcje nie powiedziała, że jesteśmy wiary prawosławnej, a w tej szkole była religia greckokatolicka, a więc już katolicka. Chociaż obrządek podobny. Poznawałam liturgię greckokatolicką, ubrania kapłanów, całe piękno bizantyjskie. Siostra ucząca religii zachęcała uczniów do chodzenia do cerkwi greckokatolickiej w niedziele. Więc ja i moja młodsza siostra poszłyśmy. Na początku niewiele rozumiałam, nie wiedziałam kiedy należy wstać, kiedy siedzieć, kiedy się przeżegnać. Zapamiętałam jednak piękny moment – przed czytaniem ewangelii jest wynoszony ewangeliarz i wszystkie dzieciaki podchodzą i go całują. Później była Komunia. Ja nie wiedziałam co to jest Komunia, nie wiedziałam o co chodzi, co tam dają, czy mogę iść czy nie. Któregoś dnia odważyłam się i poszłam. Dostałam Pana Jezusa, wróciłam, zjadłam i nic. Nie miałam świadomości Kogo przyjęłam. Potem zbliżała się Wielkanoc. Siostra na lekcji powiedziała, że trzeba iść do spowiedzi. Ja jeszcze nigdy nie skorzystałam z sakramentu pokuty i pojednania, a byłam już w czwartej klasie szkoły podstawowej. Siostra przypomniała dzieciom formułkę, skrzętnie ją spisałam w zeszycie i wyuczyłam się jej na pamięć. Tak do końca to nie wiedziałam czym jest spowiedź, wiedziałam tylko, że trzeba powiedzieć swoje grzechy bo tak było w formułce. Wiedziałam, że grzech to jest coś, co się zrobiło złego. Poszłam na liturgię, zobaczyłam, że ludzie się spowiadają, podeszłam do konfesjonału, powiedziałam formułkę, powiedziałam swoje grzechy i nic więcej pamiętam. Byłam tak przejęta, tak zestresowana, tak mocno to przeżyłam, że stwierdziłam, że to mi się nie podoba. Nie chcę więcej tego przechodzić. Przestałam wtedy chodzić do cerkwi. Trwało to około dwa lata.

Trudne przeżycie pierwszej spowiedzi, komunistyczna rodzina – po ludzku sądząc powinno Ci być daleko do Pana Boga. A jednak teraz rozmawiamy o wierze i ewangelizacji. Co się stało, że teraz masz tak głęboką więź z Jezusem?

W tym czasie poznałam Alicję – siostrę mojego ojczyma. Alicja jest bardzo wierząca. Któregoś dnia zaprowadziła mnie do klubu-świetlicy „Dom”. Przychodziłam tam dwa razy w tygodniu, oglądałam książki z różnymi obrazkami, odrabiałam lekcje i przebywałam z ludźmi wiary rzymsko-katolickiej. Kiedy miałam trzynaście lat, to ktoś do tego klubu przyniósł „Miłujcie się”. Na okładce było przepiękne dziecko, ja bardzo lubiłam dzieci, więc pomyślałam, że poczytam. Trafiłam na historię dziejącą się w szkole na Węgrzech, w czasie komunizmu. Nauczycielka była zagorzałą komunistką, a w klasie było kilkoro wierzących dzieci, a jedna dziewczynka szczególnie. Kobieta wiedziała o tym i dlatego wymagała od niej więcej niż od pozostałych dzieci, gnębiła ją. Pewnego dnia wymyśliła podstęp. Poprosiła dziewczynkę na środek klasy i zapytała: „Czy jak zawołasz swojego brata, to przyjdzie do ciebie?” „Przyjdzie” – odpowiedziała uczennica. Dziewczynka wiedziała, że pada ofiarą podstępu, ale jeszcze nie wiedziała jakiego. „A jak zawołasz pieska, przyjdzie do ciebie?” – dopytywała nauczycielka „Przyjdzie”. „A dlaczego przyjdą?” „Bo słyszą” – odparła dziewczynka. „Słyszą bo żyją. A jak byś zawołała krasnoludka, to przyjdzie do ciebie?” „No nie.” „A dlaczego?” „Bo jest wymyślony, nie istnieje”. „A widzisz! A załóżmy jak byś zawołała Dzieciątko Jezus, to przyjdzie do Ciebie?” – zapytała nauczycielka, stawiając uczennicę w podbramkowej sytuacji. „Przyjdzie.” – powiedziała dziewczynka z wiarą. I zaczęła wołać, tak jak stała na środku klasy: „Przyjdź, Dzieciątko Jezus! Przyjdź, Dzieciątko Jezus!” W tym momencie drzwi się otworzyły, a w drzwiach ukazało się przepiękne Dziecko! Uśmiechało się, całe promieniowało światłem. Dla mnie ten moment otwartych drzwi i wejście Bożego Dziecka, to jakby we mnie się coś otworzyło, na wiarę, na Boga, że On jest i że On przychodzi. To wtedy wszystko zmieniło. Po pewnym czasie poszłam do spowiedzi. Poczułam wtedy jakby ze mnie zdjęli jakieś kamienie. Po tym jak doświadczyłam spotkania z Bogiem, On już poprowadził mnie dalej. Odkrywałam wiarę, zaczęłam się modlić, przystępować do sakramentów. Przez Alicję coraz bardziej poznawałam Kościół Rzymsko-Katolicki. Doszło do tego, że chodziłam rano na Liturgię do cerkwi greckokatolickiej, a wieczorem szłam do kościoła na Mszę.

Dlaczego wybrałaś Kościół rzymskokatolicki?

Jak chodziłam i tu i tam, to widziałam jak ogromnie się różnią te obrządki. Zachwycił mnie Rzymski ze swoją prostotą, z głębią, z pięknem. Był bardziej dla mnie zrozumiały. Głębiej mogłam wejść w liturgię i w niej uczestniczyć. To był główny powód. Ale też w Rzymsko-Katolickim Kościele miałam już swoje środowisko – wspólnotę, do której zaczęłam wtedy chodzić, scholę dziecięcą, spowiednika. Byłam powoli „wchłaniana” do Kościoła Rzymsko-Katolickiego.

Aż w końcu nastąpił moment, w którym formalnie zmieniłaś wyznanie.

Kiedy miałam 19 lat i otrzymałam obywatelstwo polskie, chciałam uporządkować też inne sprawy. Miałam cały czas wrażenie jakiegoś braku, jakiegoś niedosytu, coś mi nie pasowało. Myślę, że to też było jakieś prowadzenie Ducha Świętego. Pytałam więc kilku księży, czy ja mogę przystępować do sakramentów w Kościele rzymskokatolickim. Mówili, że „spoko”, nie ma problemów. Nie mieli racji, bo nie ma jedności, nie ma wspólnej Komunii Eucharystycznej między prawosławiem a katolicyzmem. Stwierdziłam więc, że skoro czuję się katoliczką i chodzę do Kościoła Katolickiego, to wystarczy, że pójdę do swojego proboszcza i poproszę go, żeby wykreślił w dokumentach „prawosławna”, a wpisał „katoliczka”. Poszłam do proboszcza i poprosiłam go o to. On jednak zapytał, czy wiem, że to jest bardzo poważna decyzja, że to nie jest takie proste, jest ekumenizm, nie chce być posądzony o przeciąganie z wiary na wiarę, że być może trzeba będzie zwrócić się do Stolicy Apostolskiej. Dodał, że musi się dokładniej zorientować w tej sprawie. Umówiliśmy się na następne spotkanie. Okazało się, że to jednak nie jest tak skomplikowane jak on myślał. Wystarczyło napisać prośbę do biskupa diecezji, do której należy parafia. Biskup wyraził zgodę i oficjalnym obrzędem 7 grudnia zostałam przyjęta do Kościoła Katolickiego. Mogłam przyjąć Komunię w pełnej jedności z Kościołem… to jest różnica. To było super! Niezwykłym doświadczeniem też było to, że z całym bogactwem i historią prawosławia, ze wszystkim, co ono w sobie ma, zostałam przyjęta do Kościoła Katolickiego. To było dla mnie takie doświadczenie, do tej pory to czuję, odkrywam, jak powrót do domu. Wróciłam, już jestem u siebie. Nie tracąc nic z tego, co stamtąd wyniosłam.

Jak teraz odnajdujesz się w Kościele?

Swoje miejsce w Kościele Katolickim cały czas odkrywam, jestem na takim etapie, że kończę studia. Rozeznaję swoje powołanie, już pewne konkretne kroki w tym kierunku podjęłam. To co widzę na pewno, to ewangelizacja. Chciałabym głosić Jezusa. Mam teraz w moim życiu ogromny niedosyt ewangelizacji. Marzy mi się też zostawienie wszystkiego, sprzedanie wszystkiego co mam, żeby pójść ewangelizować jak… Kapłani mają możliwość zostać wędrownymi kaznodziejami. Nie ma czegoś takiego dla kobiet (śmiech), ale czasami mi się coś takiego marzy, żeby zostawić wszystko, żeby nie mieć nic, zupełnie nic i żeby w ten sposób głosić Jezusa. To czego ja chce, to radykalizmu życia Ewangelią, nie wystarczy mi że głoszę Jezusa w taki sposób w jaki robię to teraz. Chciałabym więcej, bardziej, konkretniej. Nawet jeśli miałoby się to wiązać z tym, że nic nie będę miała, że będę sama i odepchnięta przez innych ludzi. Chciałabym bardziej. Marzy mi się świętość nie byle jaka, ale taka „na maksa”.

To co mówisz można chyba przypisać do powołania życia zakonnego.

Można, ale nie musi tak być. Przypuśćmy, że znalazłby się taki mężczyzna, który chciałby mieć żonę, z którą chciałby żyć dla Boga „na maksa”. W Neokatechumenacie są całe rodziny, które wyjeżdżają na misje. Mieszkają tam, ale też ewangelizują. Jest ciężko, ale myślę, że jest to możliwe. Jude Antoine na przykład, przecież też ma żonę i dzieci, a jeżdżą razem i ewangelizują. Myślę więc, że to nie jest niemożliwe. Na pewno łatwiej jest osobie żyjącej samotnie czy osobie konsekrowanej. A przecież osoby żyjące w zakonie również mają swój tryb życia, regułę, modlitwy brewiarzowe, których muszą przestrzegać.

Jest trzecia droga?

Są też indywidualne formy życia konsekrowanego – dziewictwo konsekrowane, pustelnicy. To daje szersze możliwości realizacji tego, o czym myślę. Ale z drugiej strony, nie ma wspólnoty, nie ma wsparcia.

Kościół daje szerokie możliwości.

Możliwości są. To jest kwestia odwagi, podjęcia decyzji, to przede wszystkim słuchanie, słuchanie i jeszcze raz słuchanie Ducha Świętego. I posłuszeństwo Kościołowi. Jak bym kiedyś zniknęła i byś usłyszał, że jakaś wariatka pustelniczka zamieszkała na Saharze, to będę ja. (śmiech)

To przyjadę Cię odwiedzić.

A zapraszam! Nie, czekaj, nie wiem czy zapraszam, nie wiem czy można. (śmiech)

Chciałem Cię zapytać o słuchanie Boga. Często wiąże się to z charyzmatami nadzwyczajnymi. Nawet ludzie wierzący mają różne zdanie na ten temat.

Charyzmaty nadzwyczajne są, nie można ich lekceważyć i są szczególnie potrzebne w dzisiejszych czasach.

Ale jak słuchać Boga, żeby się nie pomylić?

Słuchania się wciąż uczę. To jest jakiś proces. Tak jak ks. Rafał Jarosiewicz kiedyś powiedział, że nigdy nie ma stuprocentowej pewności, że to co słyszymy, jest od Boga. Nigdy nie ma pewności, że obraz, który mam, czy jakieś światło, jest od Niego. Zawsze jest możliwość, że nie. To też jest przestrzeń na zaufanie. Zaufanie jest drugim krokiem. Kiedy słyszę coś, co mi się wydaje, że to jest od Boga i jest to spójne z nauczaniem Kościoła, zgodne z Pismem Świętym, to warto za tym pójść. A w jaki sposób słyszę? Trzeba pamiętać, że każdy ma inny kontakt z Bogiem i inaczej Go może słyszeć. Do mnie Bóg najczęściej mówi przez Pismo Święte. Biorę je, modlę się Słowem (lectio divina) i On pokazuje mi różne rzeczy przez konkretne słowo, jakieś zdanie, obraz. Ale równie często jest tak, że On po prostu do mnie mówi w głębi mojego serca. Kiedy pytałam gdzie mam iść na studia, to była bardzo jasna odpowiedź: „Idź do Warszawy. Tam się na pewno dostaniesz. Tam mam dla Ciebie coś przygotowanego.” Zaufałam, poszłam i rzeczywiście było tak, jak Bóg powiedział. To się sprawdza. Bardzo sobie cenię rady mojego kierownika. Jeśli on powie na coś „nie”, to jest dla mnie jasne, że Jezus nie chce tego. Jeśli się na coś zgadza i na to błogosławi, wiem, że to jest zgodne z wolą Boga.

W wiele rzeczy się angażujesz. Regularnie współprowadzisz ze znajomymi adoracje i modlitwy uwielbienia. Pomagasz w ewangelizacji dzieci w Twojej parafii. Skąd bierzesz zapał? Dlaczego się nie wypalasz? Jak to robisz, że emanuje od Ciebie radość i entuzjazm jak mówisz o Panu Bogu?

Kojarzysz ten fragment z Księgi Izajasza?

„ci co zaufali Panu,

odzyskują siły,

otrzymują skrzydła jak orły:

biegną bez zmęczenia,

bez znużenia idą”

Gdy ktoś idzie za Panem, to nie jest w tej służbie zmęczony. Jeśli wpychamy się w różne rzeczy, które są tylko dziełami dla Boga, a nie są dziełami Bożymi, jeśli zajmujemy się tym, co do nas nie należy i bierzemy na siebie za dużo, to jesteśmy zmęczeni. Ja miałam taki czas, kiedy w swojej posłudze byłam bardzo zmęczona, zniechęcona i im dłużej w tym trwałam, tym było gorzej. Kiedy brałam udział w rekolekcjach dla wolontariuszy przed „Jezusem na Stadionie 2017”, ks. Rafał powiedział podczas kazania, że nie musimy robić niczego na siłę. W naszej służbie dla Pana mamy być wolni i robić to, w czym jesteśmy dobrzy, w czym się odnajdujemy i że o to właśnie chodzi. To mi dało uwolnienie od wielkiego ciężaru w sercu. I od tamtego momentu skupiłam się na dwóch działaniach: na ewangelizacji przez uwielbienie śpiewem i na ewangelizacji dzieci. W mojej parafii w tym roku miałam radość poprowadzenia dla dzieci, które wkrótce przystąpią do Pierwszej Komunii Świętej, spotkań ewangelizacyjnych na których głosiłam dzieciom kerygmat, czyli treść naszej wiary zawartą w sześciu podstawowych prawdach. W kilku parafiach w Warszawie ze swoimi znajomymi prowadzimy modlitwy uwielbienia przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Zawsze się staramy, żeby w tych modlitwach był zawarty kerygmat, a szczególnie to, co jest sercem kerygmatu, czyli doprowadzenie do spotkania z Jezusem. Do tego spotkania może dojść na różne sposoby. Może to być wygłoszenie kerygmatu, może to być po prostu uścisk dłoni czy przytulenie, może to być wypowiedziane słowo czy świadectwo. Jezus ma różne pomysły. Do mnie przyszedł przez historię o dziewczynce, która wołała Boga i On przyszedł. Najprostszą drogą jest kerygmat poparty świadectwem.

Na czym polega działanie kerygmatu?

Spotkanie z Bogiem to spotkanie z Jego Miłością, to wiara i uznanie, że On rzeczywiście kocha, że jestem kochana przez Niego. To jest taka wiadomość, która zmienia wszystko i czasami ta jedna wiadomość wystarcza, nic więcej nie potrzeba. Natomiast często doświadczenie tego, jak Bóg mnie kocha doprowadza do zrozumienia, że ja Go wcale nie kocham i jestem daleko od tej Miłości, nie czuje jej, nie doświadczam, nie widzę w moim życiu czy w życiu moich bliskich. To jest ważny moment, bardzo trudny i nie każdy chce w niego wejść, bo on wiąże się z tym, żeby się przyznać do swojej słabości. Do tego, że jestem grzesznikiem, że nie wszystko mi wychodzi, to tego, że sama z siebie czegoś nie potrafię. Moment słabości to jest też moment, w którym Bóg objawia swą moc. Bóg mówi, odpowiada. Tą odpowiedzią, światłem, mocą jest Jezus Chrystus. On przychodzi, staje się człowiekiem takim jak ja i ty, on, ma udział w tym wszystkim w czym ja jestem, on mnie rozumie, cierpi i umiera za moje grzechy. On zmartwychwstaje. I wszystko zależy od decyzji, którą ja podejmę – wierzę w to, czy nie wierzę. Jeśli wierzę, mogę zaprosić Jezusa do swojego życia. Wtedy jest światło, jest życie, jest wolność, jest radość. Przychodzi Duch Święty, który umacnia i prowadzi dalej. On sprawia, że staję się żywym członkiem wspólnoty wierzących w Niego, członkiem Kościoła. Wierzysz w to?

 

Tags:
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

You Might also Like

Dodaj komentarz