LOADING

Type to search

Ksiądz w ornacie z Supermanem podbija Meksyk

Cempla 3 marca 2013
Share

Po obejrzeniu materiału telewizyjnego z typowej niedzielnej Mszy Świętej wspólnoty z Salitillo, pierwszym moim odruchem było upewnienie się, czy nie przeniesiono aby święta Prima Aprilis z pierwszego dnia kwietnia na marzec. Niedowierzanie w realność tego sposobu ewangelizacji kazało mi też sprawdzić czy w dalszym ciągu oglądam kanał informacyjny oraz czy informacja naprawdę dotyczy Kościoła Rzymskokatolickiego. Gdy, o zgrozo, upewniłem się o prawdziwości owej relacji, przeszedł przeze mnie wewnętrzny huragan myśli, wśród których pierwsza była bardzo stanowczym, alergicznym wręcz sprzeciwem.

Myśl pierwsza – OBURZENIE – Nie, nie nie! Gdzie Rzym, a gdzie Krym?! Jestem dzieckiem współczesności, dorastałem z Internetem, z superbohaterami i całą oszalałą medialnością, a jednak to nie historia Supermana przyciągnęła mnie do Jezusa. Były to raczej przygody Dominika Savio, opowiadania księdza Malińskiego i wiele innych przekazów, czerpiących wprost z historii Zbawienia i mających z nią realną styczność. Pistolet na wodę? Pamiętam jeszcze z dzieciństwa, że najwięcej śmiechu na Mszy młodzieżowej u Salezjanów dostarczało przejście proboszcza z wodą święconą przez środek kościoła i towarzyszące temu wydarzeniu obfite chlusty na głowy oburzonych niewiast i mężów w wieku 65 plus. Wszyscy jakoś dawali sobie radę bez pistoletów.

Były też radosne piosenki, były i świetne kazania. Kiedyś na ''dziecięcej'' dominikańskiej w Krakowie bracia zbudowali na potrzeby homilii makietę domu na piasku, ażeby uwidocznić dzieciakom, na czym polega głupota podobnej techniki budowlanej… Ale wszystko krążyło w i w około Ewangelii oraz Jezusa, nie było tam współczesnych superbohaterów, którym do ewangelicznego życia – łagodnie mówiąc – daleko. Czy moje oburzenie nie jest jednak przesadne?

Myśl druga – OCHŁONIĘCIE – A może w tym szaleństwie jest metoda? Nie sposób nam do końca uświadomić sobie wewnętrznej frustracji kapłana, na którego oczach umiera życie parafii, a tak właśnie było (wedle relacji telewizji CNN). A skoro już o mediach mowa – na ile można ufać takiemu przekazowi? Oczywiste jest, że największą atencją dziennikarze objęli całą sensacyjność otoczki, nie właściwą treść. Przypuszczalnie superbohaterowie są w kontekście tamtejszej Eucharystii jedynie współczesnymi bohaterami przypowieści. No cóż, pewnie bardziej niż historia pt. ''pewien chłopiec dokuczał pewnej dziewczynce i musiał iść do spowiedzi'' do współczesnych dzieci przemawia przekaz o walce dobra ze złem na przykładzie Spider-mana i doktora Octopusa.

Co więcej, autor pomysłu ksiądz Humberto Alvarez przekonuje, iż na ekscentryczne metody ewangelizacji otrzymał stosowne pozwolenie władz kościelnych. Nie da się ukryć, że jest to ważny argument w całej sprawie. Czyżby lokalny biskup odnalazł podobieństwo w historii superbohaterów i niejednokrotnie równie fikcyjnych opowieściach o świętych? Może więc trzeba uznać, że nie jest ważny nośnik idei, ale raczej sama idea? Przecież w trakcie tamtejszych ''Mszy tematycznych" poza strojem, kazaniami i sikawką wszystko się zgadza – jest lektura Pisma, jest prawdziwa Komunia Święta…

Myśl trzecia – PPOTRZEBA RÓWNOWAGI – Mam wrażenie, że bardziej niż komiksowo-biblijne paralele, biskupa do projektu musiała przekonać gwałtownie rosnąca frekwencja Mszy. Bo mimo wszystko, mimo odmiennego temperamentu Meksykanów, mimo trudnej sytuacji metaforycznie wymierającej parafii i zupełnie dosłownie wymierającego miasta (w wyniku porachunków mafijnych), jakoś nie mogę mentalnie zaakceptować poprawności odprawiania Najświętszej Eucharystii w ornacie z napisem "Batman".

Wydaje mi się też, że karkołomne jest reklamowanie Boga Supermanem. Bo choć opowieści o superbohaterach to nośniki często zbieżnych z Ewangelią idei, to wynosząc ich na piedestał ryzykujemy utratą meritum. Bóg to nie idea, Jezus to żywa osoba. Są też subtelne, ale zarazem istotne różnice w tym, co na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło zbieżne. Na przykład: Klasyczny superbohater walczy z niesprawiedliwością. Jezus nie tylko nie walczy w ogóle, ale także na swój sposób uznaje niesprawiedliwość, dając prymat miłości i miłosierdziu.

W pomyśle księdza Alvareza brakuje mi wyczucia granic – poszedł o jeden krok za daleko. Z owacjami na stojąco przyjąłbym pomysł komiksowych rekolekcji. Jednak meksykański kapłan dotknął istoty bardzo delikatnej i chyba zbyt głęboko. Bo chociaż bardziej odpowiada mi ornat z Batmanem niż rozbitym Tupolewem (co jest z kolei polską ciekawostką) to daleki jestem od aprobaty tego pomysłu.

Chciałbym więc zaapelować do polskich księży, żeby gdyby nadeszła chwila, że polskie kościoły będą pustoszeć (w pewnym sensie chwila ta już nadeszła) – by uważnie przemyśleli i przemodlili drogi parafialnej reaktywacji. Być może bardziej trafionym superbohaterem byłby lew Aslan z Narnii? Historia poświęcenia przez niego własnego życia i ożywienie w duchowym ciele do złudzenia przypomina historię Jezusa. Ornat z Lwem zaś przez osoby o nieco bardziej konserwatywnym usposobieniu uznany mógłby być za przedstawiający ''Lwa z pokolenia Judy''. Ponad wszystko jednak wolałbym, abyśmy skupili się na Jezusie i Jego Ewangelii. Bo ona odpowiednio opowiedziana jest lepsza niż nawet najlepsza opowieść o superbohaterach.

Leave a Reply