LOADING

Type to search

Ksiądz, którego życie było poezją. Opowieść o ks. Janie Twardowskim (1915-2006)

Damian Jankowski 13 stycznia 2015
Share

Gdy trzydziestoletni Jan Twardowski przekraczał mury Seminarium, przyjaciele uznali, że jest to ucieczka od trudów codziennego życia lub zadośćuczynienie za przeżycie wojny. On sam długo musiał uczyć się, co znaczy być księdzem.

Pierwsze wiersze napisał jeszcze w czasach gimnazjalnych. Już w szkole należał do redakcji gazety „Kuźnia Młodych”, gdzie słynął z ciętych, ironicznych uwag o twórczości młodych autorów. Jako nastolatek miał okazję przeprowadzać wywiad z Leopoldem Staffem. Pierwszy tomik jego poezji Powrót Andersena ukazał się w roku 1937 (swoje utwory, już jako kleryk, zaczął wysyłać do Tygodnika Powszechnego w 1947 roku). Podjęcie studiów polonistycznych na Uniwersytecie Warszawskim (które zresztą go nudziły) było wyrazem ówczesnego nonkonformizmu.

Jan Twardowski wizerunkowo nie pasował do kapłańskiego otoczenia. W skutek rany, odniesionej w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego utykał na jedną nogę. Nie potrafił śpiewać, mówił zbyt cicho. Był inteligentem, który rozmyślał o literaturze. Nie potrafił odnaleźć się na swojej pierwszej parafii w Żbikowie. Z powodu braku zdolności został wysłany do katechizowania niepełnosprawnych umysłowo dzieci. Swoim uczniom zadedykował jeden z wierszy. W późniejszych latach słynął z prowadzenia Mszy dziecięcej w kościele przy warszawskiej starówce.

Jak każdy szanujący się student polonistyki Jan Twardowski do końca życia pozostał wielbicielem kobiet. Wychowany z trzema siostrami pod okiem mamy i babci, był jednak z natury nieśmiały. Przez całe kapłańskie życie szukał przyjaźni z przedstawicielkami płci przeciwnej, które nazywał przyjaciółkami, córeczkami, z wiekiem- wnuczkami. To poetce Annie Kamieńskiej poświęcił wiersz, w którym zawarł swoje najsłynniejsze zdanie: „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Dzięki przychylnym opiniom prof. Marii Dłuskiej, uwierzył w jakość swojej twórczości. Kilka razy był zakochany. Za każdym razem jednak ograniczał lub kończył znajomość. Jego pierwsza sympatia zginęła podczas wojny. Cierpiał na samotność. W wieczory Wigilii Bożego Narodzenia włóczył się wyludnionymi ulicami Warszawy.

twardowski jan portret el_6332046

Nie znosił klerykalizmu i patosu. Jako ksiądz osiągnął tylko jedną ważniejszą funkcję- przez większość kapłańskiego życia był Rektorem kościoła Sióstr Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu. Od 1952 roku wykładał literaturę polską w Seminarium. Gdy rok przed śmiercią urządzono mu uroczyste urodziny, ksiądz skwitował to krótkim: „To była próba przed pogrzebem”. Wraz z postępem wieku, nalegał swoich nowych przyjaciół, by zwracali się do niego po prostu „Janku”, gdyż –jak z żalem przyznawał ­­- nikt już tak do niego nie mówił.

Jego poezja zdobywała uznanie prostotą, franciszkańską afirmacją życia i ukazywaniem bliskości Stwórcy. Jako młody twórca Twardowski marzył o sławie. Jako ksiądz nie pragnął niczego, interesował go tylko Bóg i człowiek. Jak zaznaczał: „gdy nie będziesz na nic czekał, to dostaniesz za dużo”. On sam nie przywiązywał najmniejszej wagi do rzeczy materialnych. Rozdawał palta, buty, nie dbał o wygląd sutanny. Rozgoryczenie studentki na sztywność kościelnej teologii łagodził krótkim: „To proste. Bóg jest całkiem inny”.

Był perfekcjonistą, dbał o każdy detal swoich utworów. Mówiono, że wiersze pisał niemal wyłącznie podczas wakacji. Musiał zdawać sobie sprawę z ogromnej popularności, jaka męczyła go od lat 70’. Cenił poezję Szymborskiej, Miłosza, Herberta. Wiedział jednak, że to jego tomiki osiągają największe nakłady. Wiedział też, że „za wiersze o Bogu Nobla nie dają”.

Był niezaradny życiowo, co często wykorzystywano. Mimo ogromnego sukcesu wydawniczego swoich tomików, on sam żył w ubóstwie. Choć cechowała go nieśmiałość, ludzie do niego lgnęli. Podobno łagodność odziedziczył po Mamie. Przyjaźnił się z Jerzym Zawieyskim, Anną German, ks. Życińskim, znał braci Kaczyńskich. Codziennie oglądał Dziennik telewizyjny. Był sympatykiem Solidarności. Radia Maryja nie znosił.

Ksiądz Twardowski nie lubił wiele mówić na swój temat, czasem celowo wprowadzał rozmówców w błąd. Jak wyznał w jednym ze swoich wierszy: „Może poświęciłem prawdę dla dowcipu?”.

Śmierć nazywał „przystankiem, po którym trzeba iść dalej”. Jego osobisty przystanek nastąpił 18 stycznia 2006 roku. O sobie mówił, że jest szczęśliwym księdzem, bo wierzy w Boga.

Tags:

You Might also Like

Dodaj komentarz