LOADING

Type to search

Każdy ma swoje zwiastowanie

Share

O tym, że dziennikarstwo to nie tylko zawód, o wzorze współczesnej kobiety i o pytaniach, które spędzają sen z powiek, z Moniką M. Zając, dziennikarką współpracującą z „Naszym Dziennikiem”, „Różańcem”, „Tak Rodzinie”, „W Naszej Rodzinie” oraz wortalem „Magazyn Familia” rozmawia s. Emmanuela Stachurska CSL

Dziennikarstwo to nie jest zwykły zawód, jeden ze sposobów na życie. Można powiedzieć, że to pewnego rodzaju powołanie. Dziennikarz to człowiek z misją, historyk chwili, ciekawy świata i ludzi, dla którego najważniejsze jest przekazywanie prawdy. Dlaczego zostałaś dziennikarką?

Pisanie to moja pasja, którą odkryłam już w szkole, zawsze lubiłam pisać i miałam o czym pisać – dawało mi to satysfakcję. Prawie wszystko wzbudzało moją ciekawość. Lubiłam dowiedzieć się więcej na temat, który mnie interesował. Myślę, że ta moja młodzieńcza pasja i późniejsze możliwości jej realizacji sprawiły, że poszłam tą drogą. To był początek, a później pojawiły się inne czynniki, jak chociażby praca w radiu, w którym czułam się bardzo dobrze. Zobaczyłam, że to jest dobra droga, żeby poznawać nowych ludzi, poszerzać krąg znajomości, relacji – po drodze rodziły się różne przyjaźnie. Ta praca nie pozwala się nudzić, nie pozwala być samemu; nawet jeśli dużo piszę w domu, to zawsze są jakieś kontakty telefoniczne, spotkania, wydarzenia…

 

Co jest dla ciebie największym atutem tej pracy?

Chyba to, że poznawanie różnych ludzi pomaga mi nie zamykać się w jednym środowisku. Im więcej ludzi poznaję, tym bardziej sama dojrzewam i staję się pokorniejsza wobec różnych ludzkich słabości. Wchodząc w relacje z innymi, lepiej poznaję samą siebie. – Łatwiej poznawać siebie w odniesieniu do drugiego człowieka. Do tej pory dziennikarstwo bardzo mnie wyrażało, nie było to podejmowanie po prostu kolejnych zleceń, ta praca dawała mi prawdziwą satysfakcję, rozwijała mnie.

 

Czy ten czas przeszły oznacza, że przeżywasz coś w rodzaju wypalenia zawodowego?

Wypalenie to nie najlepsze określenie. Nie lubię tego słowa, bo jest wyświechtane. Raczej czas zadawania sobie pytań: co mogę zrobić nowego? Co mogę zrobić więcej, żeby moja praca nie była tylko wchodzeniem w tryby jakiejś maszyny, w rutynę? Wiem, że w codzienności i powtarzalności można odkryć piękno. Wiem też, że swoim zaangażowaniem można wyciągać z codzienności to, co najpiękniejsze, najbogatsze. Myślę jednak, że nie tylko ja po trzech latach pracy zawodowej (nie dotyczy to tylko dziennikarstwa) zadaję sobie pytanie, czy to jest wszystko, co mogę osiągnąć. Jest to dla mnie czas poszukiwań, takiej walki ze sobą, z rzeczywistością, której doświadczam.

 

Ta walka dotyczy tylko sfery zawodowej?

Pytania, które sobie zadaję, są fundamentalne. Nie tylko zawodowe, ale dotyczące mojego życia w ogóle. Czy to, co robię, jest tym, co robić powinnam? Czy jest w tym Pan Bóg? Czy moje pragnienie bycia żoną i mamą jest prawdziwe? A może wywołuje je presja peselu i naciski z zewnątrz? Jest to dla mnie czas jakiegoś rachunku sumienia – na ile coś skopałam sama, czy mogę się cofnąć, do czegoś wrócić, i co warto byłoby naprawić. Mnóstwo jest tych pytań. Człowiek lubi lawirować, a czasami trzeba jedne drzwi zamknąć, żeby otworzyły się inne, może warto zacząć coś nowego, tak na serio.

 

Dla niektórych poszukiwanie jest pasjonującą przygodą życia…

Poszukiwanie samo w sobie jest piękne i bardzo rozwojowe. Ale mojemu poszukiwaniu zaczyna towarzyszyć świadomość, że nie może ono trwać w nieskończoność. W końcu musi nadejść moment decyzji, z którą związana jest odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale także za drugiego człowieka, z którym wejdę w relację. Pan Bóg ma poczucie humoru i chyba trochę się obawiam, co z tego poszukiwania wyniknie. Pytań mam wiele, ale czy jestem gotowa na odpowiedzi? I co zrobię, gdy je usłyszę?

 

Powiedziałaś, że wśród pytań, które sobie zadajesz, jest i to, czy w twoim życiu, poszukiwaniu, w tym, co robisz teraz, jest Bóg. Jest?

Zdecydowanie tak. Czasem mam takie wyobrażenie, że jest Ojcem, który bierze mnie na kolana i przytula, ale ja nie mogę zobaczyć Jego twarzy, jakby nie chciał mi się pokazać. Może nigdy Go z bliska nie zobaczę, choć bardzo bym chciała. Bóg jest mi bliski, ale teraz, gdy przede mną jest tyle niewiadomych, mam wrażenie, że jest gdzieś daleko, albo że stoi, milczy i patrzy, co zrobię. Jest to dla mnie trudne doświadczenie i mówię Mu jasno, że Go nie rozumiem.

 

Lubisz się modlić?

Lubię, swoimi słowami. Każdego dnia zapraszam Ducha Świętego do konkretnych sytuacji mojego życia. Bliski jest mi także różaniec, aczkolwiek jest dla mnie mega wymagający, żeby wejść na serio w tę modlitwę, chyba musiałabym wyjechać do jakiejś pustelni.

 

Ciekawe, wielu ludziom różaniec wydaje się bardzo prostą modlitwą, wystarczy powtarzać w kółko te same słowa… Co jest w nim trudne?

Najtrudniejsze jest wytrwanie w tajemnicy, którą się rozważa, żeby ta modlitwa nie była tylko monotonnym powtarzaniem tych samych słów – nie miałoby to większego sensu. Kiedy ktoś prosi mnie o modlitwę, staram się tego człowieka i jego sprawy łączyć z konkretną tajemnicą różańcową, ale jest to bardzo trudne i często po prostu mi się nie udaje. Ale lubię tę modlitwę, bo czuję, że Matka Boża związuje mnie nią coraz bliżej z Jezusem, tworzy się między nami większa więź.

 

Maryja może być wzorem dla współczesnej kobiety?

Dla mnie jest, choć bardzo trudnym do naśladowania w moim „tu i teraz”. Uważam, że w naszej pobożności maryjnej jest zbyt dużo cukierkowej słodkości. Poubieraliśmy Matkę Bożą w różne koronkowe błyskotki i nie bardzo wiemy, co z tą słodkością zrobić, bo Ona nie przystaje do naszego życia.

 

To jaka jest według ciebie Matka Boga?

Sceną z Ewangelii, którą uwielbiam i w której Maryja konkretnie się pokazała, jest wesele w Kanie Galilejskiej. W kulturze, w której mężczyzna gra pierwsze skrzypce, Maryja, widząc zbliżającą się kompromitację pary młodej, nie boi się przejąć inicjatywę. Mówi jasno: „Nie mają już wina”. Nie peszy się odpowiedzią Syna i do sług zwraca się: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. Jest odważna, operatywna, szybko załatwia sprawę. Widzę Ją w tej scenie jako dobrą gospodynię, organizatorkę, która staje na środku sali weselnej i wydaje dyspozycje. Nie ględzi, jak często kobiety, które proszą o coś mężczyzn. Jest dla mnie wzorem kobiety przedsiębiorczej i odważnej, która jednak potrafi ufać Bogu. Widać to szczególnie w scenie zwiastowania. Tu zresztą także uwydatnia się Jej logiczne myślenie – w rozmowie z Aniołem wyraża swoje obawy i wchodzi z nim w dialog. Kiedy uzyskuje odpowiedź, upewniona mówi: „Tak, idę tą drogą”.

 

Podobno każdy ma swoje zwiastowanie. Może przygotowaniem do twojego jest niełatwy czas poszukiwań…

Wierzę, że Boża opatrzność nade mną czuwa, i to daje mi nadzieję. Pan Bóg widzi to, czego ja jeszcze nie widzę, i chce mojego dobra – to wiem na pewno. Mam świadomość, że ja widzę bardzo niewielki wycinek rzeczywistości, która mnie dotyczy.

 

Św. siostra Faustyna w takich sytuacjach mówiła: „Jezu, ufam Tobie”…

Tak, a ja jeszcze dodaję: „Jezu, Ty się tym zajmij”.

Tags:

You Might also Like

Dodaj komentarz