LOADING

Type to search

Katolicki przedsiębiorca – kto to taki?

Bartosz Sadliński 4 lipca 2016
Share

Do określeń typu “katolicki lekarz”, “katolicki publicysta” dołącza ostatnimi czasy “katolicki przedsiębiorca”. Czym wyróżnia się ktoś taki? Jak nie przerysować tematu? Na te pytania postaram się odpowiedzieć.

Biblia i Tradycja Apostolska dają kompletny – że użyję takiego sformułowania – sposób na życie. Sprowadzanie tego jedynie do instrukcji dla przedsiębiorców, lekarzy czy innych inżynierów to oczywiście niepotrzebna próba zawężenia Bożej nauki, skrojenia na miarę konkretnej grupy społecznej. Z ogólnej doktryny da się jednak wyprowadzić wskazania dla przedstawicieli konkretnych zawodów (z wyjątkiem może tych, które już na wstępie nie podobają się Bogu – dziwnie przecież brzmi sformułowanie “katolicki właściciel kasyna”).

Pieniążki

Czym zatem cechuje się ów “katolicki przedsiębiorca”? Pierwsze, co się nasuwa – uczciwość. Pojęcie szerokie, mogące znaczyć wszystko i nic, a więc… garść konkretów. Przede wszystkim – myślenie o sobie jako o zarządcy, a więc… to, co posiadam, nie jest tak naprawdę moje (mam to chwilowo; “nagi przyszedłem na ten świat i nagi go opuszczę”). W praktyce biznesowej oznacza to traktowanie firmy jako czegoś, co kiedyś będzie można (trzeba?) komuś przekazać; warto więc ustrukturyzować przedsiębiorstwo, zadbać o jego procedury, by każdy wiedział, co, jak i kiedy się robi (aby łatwo było zastąpić prezesa, który wieczny nie jest).

Katolicki przedsiębiorca patrzy głębiej i dalej. Chce stworzyć dobrą, konkretną jakość dla swoich klientów. Produkt lub usługa mogą być droższe niż u konkurencji, ale powinny być dobre. Nie chodzi przecież o to, by mieć przypadkowych, jednorazowych klientów, ale chodzi o budowanie długofalowych relacji. Sprzedawanie “chrzczonej” benzyny, pomidorów “dojrzewających” w spalinach czy też uprawianie innej hochsztaplerki – tego przedsiębiorcy-katolikowi robić zwyczajnie nie wypada, a także – uwaga! – wie on i czuje, że takie sztuczki na dłuższą metę się nie opłacają. W gruncie rzeczy opłaca się natomiast uczciwość. Dziwne? Nieżyciowe? A jednak! Nie wszyscy – jak widać – uważają, że przedsiębiorca musi być cinkciarzem, a pierwszy milion trzeba ukraść.

Przedsiębiorstwo (małe, średnie czy duże) prowadzone przez katolika nie musi być bezpośrednio związane z tzw. branżą religijną. Nie musi on handlować dewocjonaliami, pobożnymi książkami, prowadzić biuro pielgrzymkowe czy poradnię rodzinną. Może prowadzić równie dobrze sklep komputerowy, produkować meble czy leczyć zwierzęta. Nie od dziś wiadomo, że osoby wierzące potrzebne są w różnych zawodach, a poza tym… warto pamiętać o przypowieści o talentach. Każdy otrzymał swoją pulę i wezwany jest do jej pomnożenia, według własnych możliwości.

Przyjmuje się, że własny biznes daje największą szansę na wzbogacenie się, a zatem – standardowe pytanie – czy katolik może być bogaty? Owszem, może; zależy tylko czy (i tu wracamy do początku) jest osobą o mentalności zarządcy, czy właściciela. Jeśli to drugie – kłania się fragment Pisma św. o wielbłądzie, uchu igielnym i bogatym młodzieńcu. Bez zaufania Bogu i opanowania sztuki dawania (oraz rezygnacji) ani rusz – niezależnie od zawodu, który wykonujemy.

Z opisu “katolickiego przedsiębiorcy” wyłania się więc obraz osoby, która – z punktu widzenia biznesowego – nic szczególnego nie robi. Nie opiera całego życia na firmie, którą prowadzi. Wie też, że tanie sztuczki na dłuższą metę się nie opłacają (a na krótszą zbyt eleganckie nie są). Wybiera odpowiednią branżę i idzie do przodu, twardo trzymając się zasad. I ufając. Niby proste (jak zresztą prosta jest nauka Chrystusa) – a jednak prostota bywa najtrudniejsza.

Inspiracją dla szkicu, który Państwu przedstawiłem, były materiały Edukacji Finansowej “Crown” oraz działalność szkoleniowa Pawła Królaka i Bartosza Nosiadka.

Tags:
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Dodaj komentarz