LOADING

Type to search

Jezus, który pozostał

Kasia Węglarczyk 22 grudnia 2014
Share

Kilka tygodni temu wysłuchałam chyba najgorszego kazania w moim życiu – na pewno dotychczasowym, oby całym. Raportuję o tym ze zdrowym dystansem czasowym, żeby się zanadto nie emocjonować; raportuję nie dlatego, iżby to było takie ciekawe samo w sobie, bo nie jest, ale dlatego, że sprawa miała ciąg dalszy. Zatem po kolei.

Nie będę rozwodzić się nad tym kazaniem, powiem tylko, że było w nim to, co może być w kaznodziejstwie najgorszego: pycha, buta, głupota, agresja, jad i osąd, wszystko zaprezentowane w zupełnie dla mnie nienośnej postawie „ja tu rządzę i pouczam, a wy słuchajcie, ciemna maso”. Nie było natomiast nic o Panu Jezusie. Całe wystąpienie stanowiło zjadliwą filipikę wymierzoną w pewną osobę publiczną, niewymienioną z nazwiska, ale opisaną tak dokładnie (szczególnie pod względem słabości), że nikt nie mógł mieć wątpliwości, o kogo chodziło; skierowane było wprost do tej osoby, z licznymi ironicznymi apostrofami. Kaznodzieja rozprawiał się zaocznie z nieszczęśnikiem dobre dwadzieścia minut, gorzej, kontynuował jeszcze złośliwości pod płaszczykiem modlitwy wiernych. I wtedy przestałam wytrzymywać.

Naprawdę nie znałam się wcześniej od tej strony. Opadła mnie straszna wściekłość, miałam przemożną ochotę wyjść natychmiast z kościoła, bo czułam, że w przeciwnym wypadku nie zdzierżę, zrobię jakiś skandal, podejdę do celebransa i powiem głośno: jak ksiądz śmie. Takie właśnie słowa miałam na końcu języka. To bowiem, co wyczyniał ten kapłan, było dla mnie nie tylko żałosne, nie tylko przeczyło wszelkim ewangelicznym ideałom, było też po prostu świętokradcze. Ewidentnie z Eucharystii, rzeczy najświętszej ze świętych, uczynił sobie pretekst do polemicznej samorealizacji, pole wyżywania własnych najniższych instynktów i załatwiania jakichś chorych wewnętrznych porachunków, i to wydało mi się skrajnie oburzające. Postanowiłam więc wyjść, nie demonstracyjnie, raczej dla bezpieczeństwa; pierwszy raz w życiu chciałam wyjść z kościoła.

I wtedy stało się coś przedziwnego, bo nagle usłyszałam, jakby ktoś mi podszepnął, cicho, ale wyraźnie: widzisz, a Jezus nie wychodzi.

Fot. Artur Kaszowski

Fot. Artur Kaszowski

To prawda – przemknęło mi przez myśl – uderzająca prawda. Nie wychodzi. Choćby kapłan był zarozumiały i głupi, niewierzący i zakłamany, On wydaje swoje Ciało w jego ręce, powierza swoje Słowo jego ustom. Nie cofa tego, nie opuszcza kościoła, zostaje do końca. Ta myśl zatrzymała mnie w pół kroku. A potem poprowadziła dalej.

Nie wychodzi – myślałam – chociaż ja, zamiast się modlić, międlę w ustach wyrazy nieprzychylne i potocznie uznane za brzydkie, pielęgnując moje skryte antyklerykalne ciągoty. Gdy słuchając Ewangelii, lustruję kątem oka nakrycia głów parafianek w poszukiwaniu najbardziej zabawnego. Gdy patrząc, jak On umiera na ołtarzu, planuję jutrzejszy dzień w pracy albo myślę o niebieskich migdałach… Nie wychodzi, gdy przychodzę do kościoła splamiona fałszem, egoizmem, nieżyczliwością i wszelakim syfem, zadowolona z siebie, gdy zbliżam się taka do Niego. Pozwala mi się sprofanować, mnie i tobie, tak samo, jak pozwolił twardogłowemu proboszczowi.

Jezus nie broni swojej godności. Nie opuszcza pretorium, gdy na Niego plują i biją Go po głowie. Nie schodzi z krzyża, gdy słyszy szyderstwa łotra. Nie wychodzi z Wieczernika, trzasnąwszy drzwiami, gdy Tomasz odmawia Mu swej wiary. Nie odwraca się tyłem do pogańskiego świata i nie bojkotuje swojego Kościoła, który dzień po dniu funduje Mu rozczarowania i wymierza kolejne policzki. Jada z prostytutkami i celnikami, a kiedyś to oznaczało znacznie więcej, niż sobie dziś wyobrażamy – ktoś ostatnio zwrócił mi uwagę, że gdyby chcieć to przełożyć na współczesne realia społeczne, trzeba by powiedzieć na przykład, że Jezus jada z pedofilami! Ale chodzi też do domów faryzeuszy, przyjmuje zaproszenia, chociaż sama ich obecność w towarzystwie Jego świętości jest skandalem, świętokradztwem. Mógłby się oburzyć i wyjść, ale On nie przybywa, by założyć ruch oburzonych. Schodzi na ziemię, aby być blisko – zarówno bezbożników, jak i obłudnych dewotów. Bo mój Bóg nie jest Bogiem, który odchodzi.

Mój Bóg jest Emmanuelem, Bogiem obecności.

Tags:
Poprzedni artykuł

7 Komentarzy

  1. Jacek 23 grudnia 2014

    Zainteresowało mnie. A co dokładnie ten ksiądz powiedział? To wydaje mi się kluczowe dla zrozumienia całego opisanego ciągu dalszego.

    Odpowiedz
    1. Kasia Węglarczyk 23 grudnia 2014

      Proszę mi wierzyć, to właśnie nie ma znaczenia. To jest tylko punkt wyjścia tej opowieści, ale nie jej zasadniczy temat. W każdym razie nie dało się obronić, naprawdę.

      1. Jacek 23 grudnia 2014

        Nie jestem pewien czy rozumiem. Zatem to wszystko nie miało miejsca naprawdę? Mam to odbierać w kategoriach fikcji literackiej i równie dobrze można było zamiast proboszcza wykorzystać motyw np. z krasnoludkami?

  2. Rafał Krysztofczyk 22 grudnia 2014

    No, no, no, to się czyta! Szacunek i uznanie dla P. Kasi. Opisane zdarzenie to ewidentne zgorszenie. Bywa, że po takim czy podobnym niestety inni wychodzą, nieraz na zawsze i nie mnie ich sądzić.

    Odpowiedz
  3. Wiktoria 22 grudnia 2014

    Szczere. Po jakimś czasie zbliżania się do Jezusa i multigodzinach prawdziwej modlitwy, po podobnym kazaniu spokojnie stwierdzisz, że Bóg w jakimś celu pozwala na takie kazanie. Ba, ja nawet doszłam do wniosku po kilku latach, że to co usłyszałam było prawdą, której nie chciałam w owym czasie przyjąć.

    Odpowiedz
    1. Andrzej 23 grudnia 2014

      Wiktoria, jesteś na najlepszej drodze do ślepego i bezkrytycznego przyjmowania absolutnie wszystkiego, bo przecież inaczej „Bóg by na to nie pozwolił”.

Dodaj komentarz