LOADING

Type to search

Jeden dzień w klasztorze

21 lutego 2018
Share

Lubię przed snem rozmawiać z Bogiem. Siadam wtedy w swojej izdebce, czyli celi, jak mówimy w klasztorze, zamykam oczy i w mojej wieczornej modlitwie spotykam się z Przyjacielem. Nie mam przed Nim tajemnic, nie wstydzę się Go. Zna mnie, jak nikt inny. Czasem po prostu opowiadam Mu, jak mi minął dzień…

Obudziliśmy się, by chwalić Boga

5:30. Dzwonek. Otwieram oczy. Już od rana próbuję czerpać wzór ze świętych i pierwszą myśl skierować do Boga. Pomiędzy snem a jawą przychodzi mi do głowy pieśń Kiedy ranne wstają zorze… Zaspanym okiem zerkam w stronę okna – ciemno, chciałoby się pospać do pierwszej zorzy, ale w regule zakonnej nie wzięto tego pod uwagę. Jutrznia jest o 6:00 – z zorzą poranną czy przed nią. Wstaję więc z aktem strzelistym na ustach: „Panie, otwórz wargi moje, a przy okazji podnieś ciało moje”. Działa.

O 6:00 klęczę już przed Panem Jezusem, który przez całą noc czekał na mnie w tabernakulum. Lubię nasze pierwsze „dzień dobry”. Dla tej chwili warto wstać przed zorzą. Otwieram brewiarz. Przed śniadaniem zawsze Słowo Boże – pokarm najpożywniejszy. Chwila ciszy, kantorka zaczyna hymn Jutrzni. Rytmiczny śpiew psalmów budzi w moim sercu pokój. Poranna modlitwa Kościoła to najlepsze przygotowanie do najważniejszego spotkania każdego dnia – spotkania z Mistrzem w Eucharystii.

Cieszę się Jezusem, którego przyjęłam w Komunii świętej. Czasem tylko milczę, a czasem mówię Mu o tym, co mam w sercu. Każde spotkanie jest inne, niepowtarzalne. Przed Przyjacielem i Ukochanym, który zna mnie „od podszewki”, można być sobą.

Szukam Go koło siebie

„Módl się i pracuj” – tak radził św. Benedykt z Nursji. Idę więc za jego radą codziennie, żyjąc w klasztorze opartym na jego regule. Tam, gdzie Bóg mnie pośle – ślub posłuszeństwa bywa trudny. To nie jest zwykła wskazówka na życie, to Ewangelia w czystej postaci: „Jak Ojciec mnie posłał, tak i ja was posyłam”. Ale kto powiedział, że chodzenie za Mistrzem będzie łatwe? Poznałam już owoce posłuszeństwa, bywają bardzo słodkie – nie tylko dla posłusznego, ale przede wszystkim dla tych, którzy z jego posłuszeństwa korzystają; taka jest logika Bożej miłości.

Piękne jest to, że w klasztorze człowiek zawsze czuje się potrzebny. Miejsc, w których czekają na mnie Bóg i ludzie jest wiele. Bywają też zaskakujące niespodzianki, Pan Jezus nie lubi, kiedy do mojego serca zakrada się rutyna. Uczeń Jezusa powinien być w drodze.

W południe rozlega się drugi w ciągu dnia dzwonek. Przerywam pracę i modlę się z tymi, z którymi w danym miejscu jestem: Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi. Uwielbiam tajemnicę Wcielenia Emmanuela, który bardzo chce spędzić tę chwilę i każdą następną razem ze mną. Znów idąc za radą ojca Benedykta, odmawiam brewiarzową modlitwę w ciągu dnia. Z kaplicy wychodzę razem z innymi siostrami w milczeniu, słychać tylko szelest habitów – w klasztorze każdy gest ma znaczenie, a zwłaszcza milczenie. Szkoda życia, żeby przeżywać je na pusto. Wchodzimy do refektarza, krótka modlitwa przed jedzeniem i rozlegają się słowa: „Błogosławmy Panu”. To czas wspólnoty, cieszenia się sobą. Rozmawiamy, śmiejemy się, nieraz toczymy burzliwe dyskusje, tworzymy rodzinę.

A propos wspólnoty – to kolejna wartość, którą poleca do zbawienia św. Benedykt. Jak jest z moją wspólnotą? Jak w życiu: na widok jednych buzia sama się uśmiecha, a na widok innych podnosi mi się ciśnienie – pod tym względem nie różnimy się od pierwszych Apostołów. Każda z nas jest darem dla drugiej, a podobno zwłaszcza ta, z którą nie układa się najlepiej. Ale jedno jest pewne – każda z nas jest ważna, bo wybrał ją sam Bóg i kocha ją do szaleństwa. Bez którejkolwiek z sióstr nasza rodzina nie będzie pełna.

Bóg sam wystarczy

„Aby we wszystkim Bóg był uwielbiony”. Po południu także prowadzi mnie ojciec Benedykt. Modlę się pracą, wtedy praca ma sens. Cokolwiek robię, staram się tym uwielbiać Boga, także tym – a może zwłaszcza tym – co mi nie wychodzi, idzie jak po grudzie, przysparza trudu, bólu, czasem upokorzenia. Po prostu pokazuje to Jezusowi i mówię: „Zobacz, jak się posypało. I co teraz z tym zrobimy?”. Wtedy czuję, że przez te wydarzenia nabieram słonego smaku.

Lectio divina, Nieszpory, kolacja z siostrami i Kompleta. Dzień dobiega końca. Nie było kiedy się nudzić. Przede mną czas wielkiej ciszy, silentium sacrum, do jutrzejszego poranka. Tylko ja i Bóg, zawsze w obecności Maryi.

Tym, którzy twierdzą, że do klasztoru idą ci, którym w życiu nie wyszło bądź przed nim uciekają, albo po prostu nie znaleźli drugiej połówki, mogę śmiało powiedzieć, że na co dzień ani „odpowiedzialnej pracy”, ani „życia w pełnym wymiarze” mi nie brakuje. Nie trapią mnie także samotne wieczory, bo każdego dnia spotykam się z Tym, który naprawdę mnie kocha.

Następny artykuł

Dodaj komentarz