LOADING

Type to search

Jak siedzieć cicho?

Ani(tK)a 18 listopada 2014
Share

Od kilku tygodni nie daje mi spokoju wypowiedź Anny Przybylskiej, którą z taką lubością użytkownicy mediów społecznościowych powielali. Uprzedzam – tekst nie będzie o lubianej skądinąd przeze mnie aktorce, ani o jej stosunku do Boga i wiary. Ona spotkanie z Najwyższym ma już za sobą…

Będzie o mnie..

O mnie – żonie, matce, siostrze, córce, przyjaciółce, szefowej, podwładnej, koleżance, sąsiadce etc. etc. Wierzącej. Katoliczce.

Siadam co rano przy biurku w pracy i przy zielonej herbatce robię prasówkę. Czytam co w polityce, co w gospodarce, co na lokalnym moim podwórku, co w kręgach moich zainteresowań (stacja7 :)), mojej pracy… Przeskakuję z portalu i portal i czasem oko moje wychwyci oprócz interesujących mnie wiadomości coś jeszcze. A to reklamę butów, a to nowy przepis na ciasto lub na odchudzanie. Życie.

Tym razem kliknęłam zajawkę bloga.

Było o „normalnej katoliczce”, która jak każda „normalna” przecież z wieloma postulatami Kościoła się nie zgadza, bo i jak? Potem już standard – kościół (budynek) niepotrzebny, modlić się można wszędzie (ale po co, chyba nie oczekujemy, że modlitwa ta coś zmieni w życiu moim lub sąsiada), moja wiara jest moja (co da, że powiem ci, że Bóg cię kocha), „bycie katolikiem nie czyni człowieka lepszym” itp, itd… No i jeszcze – „nie epatuję swoją wiarą, nie jestem apostołem, ani posłańcem dobrej nowiny”.

Zrobiło mi się smutno…

Każdy z nas był w życiu zakochany. Świata poza swą miłością nie widział. Rozmyślał i opowiadał o każdym uśmiechu, o każdym słowie ukochanej osoby. Nie wiem czy byliście kiedyś gośćmi na forach dla młodych mam – „uśmiechnęła się”, „obrócił się na plecki”, „mamy trzecią kupkę” i w nieskończoność rozważania o wyjątkowości i zdolności dzieci. To jest piękne. Przepełnione prawdziwą miłością. Sama tak mam – opowiadam o dokonaniach mego męża, o świetnych ocenach moich dzieci, o tym, że syn wyprzystojniał, że córcia kochana. Są dla mnie ważni i czuję, że wszyscy powinni to wiedzieć.

 „…nie narzucam nikomu mojej wiary, nie manifestuję jej i nie zmuszam innych, aby razem ze mną na tę niedzielną kawę chodzili…”

To wspomniana na początku wypowiedź, która poruszyła mnie do rozważań.

Po pierwsze

Wzięłam to na chłopski (babski) rozum. Bóg jest dla mnie wszystkim. Wiem, brzmi pompatycznie, może też egzaltowanie. I co z tego. To jest po prostu fakt. Łaską Jego pociągnięta spotkałam Go, pokochałam (na ile moje ludzkie serce potrafi to zrobić) i żyć bez Niego nie umiem. I wylewa mi się uszami potrzeba mówienia o tym! Mam ogromne pragnienie tego aby każdy człowiek, bez wyjątku, poczuł choć tyle co ja. Żeby zauważył, odczuł, docenił (?), że kompletnie nic na świecie nie może się równać z Bożą Miłością i szczęściem, które nam obiecał. Że przebywanie z Nim wieczności to jedyne marzenie i pragnienie mego serca. Że poświęcenie czasu Jemu (modlitwa, Msza św.) to naprawdę najlepsza i idealna lokata uczuć i kapitału. Jak mam tego nie manifestować? Nie umiem…. Staram się, aby we wszystkich polach mego działania (rodzina, praca) pamiętać o tym, że jestem świadkiem Najwyższego. I opowiadać o NIM gdzie się da i  żyć tak, by inni o Niego mnie pytali, a ja – bym nie wahała się odpowiadać.

Po drugie

Wzięłam to „naukowo”. Wierzący powinien świadczyć o imieniu Pańskim, odważnie wyznając swoją wiarę (KKK 2145).  Do każdego, kto się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie (Mt 10,26.30-31). Wszędzie zachodzi potrzeba nowego głoszenia Ewangelii – również tym, którzy są już ochrzczeni. (Jan Paweł II, „Ecclesia in Europa). Dużo by tu przytaczać. Jak nie być posłańcem Dobrej Nowiny? Nie umiem…

Jan Paweł II pisał o tym, że dziś pojawia się zagrożenie „sekularystycznej interpretacji wiary chrześcijańskiej, która powoduje jej erozję, i z którą wiąże się głęboki kryzys sumienia i praktyki moralności chrześcijańskiej”, że wypełnianie praktyk religijnych nie pokrywa się z osobistym przylgnięciem do Chrystusa, a miejsce wiary zajmuje „niejasne i mało zobowiązujące uczucie religijne” („Ecclesia in Europa). I stąd chyba biorą się opisani wcześniej „normalni katolicy”.

Nie oceniam ich… wierzę i ufam, że Pan pociągnie także ich… Że nie będą potrafili nie manifestować, nie epatować, ale będą GŁOSIĆ!

Warunki świadczenia

Natrafiłam na warunki owocnego świadczenia o Chrystusie przedstawione przez ks. F. Blachnickiego. Przytoczę je, przydadzą się pewnie – i mnie, i tobie.

  1. Być pewnym, że Chrystus jest moim Panem i Zbawicielem, że jest w moim życiu, żyje we mnie, a ja w Nim.
  2. Upewnić się, że wszystkie moje grzechy są uznane i wyznane przed Bogiem w wierze w przebaczającą moc Krwi Chrystusa wylanej na krzyżu.
  3. Upewnić się, że prowadzę życie w Duchu, że Chrystus zasiada na tronie mojego serca, a moje „ja” jest Mu poddane.
  4. Dzielić się przy każdej okazji w sposób prosty swoją wiarą w Chrystusa z innymi.
  5. Modlić się.
  6. Iść, to znaczy wziąć inicjatywę w swoje ręce.
  7. Iść w miłości, w przekonaniu, że jestem narzędziem miłości Boga.
  8. Rozmawiać o Chrystusie.
  9. Pozostawić Bogu rezultaty i Jemu przypisywać owoce.

Jeżeli będziemy stosowali wszystkie wymienione zasady, to nasze świadectwo na pewno będzie owocne i będziemy przeżywali wielką radość. Wtedy na pytanie: „Co uważasz za najradośniejsze w swoim życiu?” – będziemy mogli odpowiedzieć: „To, że przyjąłem Chrystusa, i że mogę innych do Niego prowadzić. To jest najradośniejsze przeżycie w moim życiu i tym najlepiej mogę służyć innym ludziom, moim braciom. (F.Blachnicki, „Wiara, a świadczenie w Duchu Św.”)

Życzę Wam i sobie, byśmy byli świadkami Jezusa!

Tags:
Następny artykuł

You Might also Like

Dodaj komentarz