LOADING

Type to search

Gdzie się ważą losy świata

Kasia Węglarczyk 30 lipca 2014
Share

Tydzień w starym alpejskim klasztorze. Oficjalnie pomagam mniszkom w różnych pracach na zaproszenie jednej z nich, Polki zaprzyjaźnionej z moim kolegą. Nieoficjalnie jadę odpocząć od miejskiego życia, za którego zakrętami stopniowo przestaję nadążać. Jedno i drugie uda się z nawiązką.

Nasza praca polega na małych przeprowadzkach, przygotowaniach do remontu. Wynosimy, przenosimy, segregujemy, likwidujemy, czyścimy. Meble, obrazki, materiały, akcesoria do szycia, książki (tysiące starych tomów układamy pod pieczą milczącego księdza, doktora metafizyki, tak nieśmiałego, że gdy się mijamy, dosłownie wciska się w ścianę). Przez pierwsze dwa dni nie mogę się przyzwyczaić, że mamy – mimo wszystko – tak mało do zrobienia. Że jest tu tak pusto i cicho. Że modlitwa, posiłki i spotkania celebrowane są z takim spokojem, obiad jest tak wcześnie, a sjesta taka długa i nie wiadomo po co. Że żyjemy sobie zwyczajnie, siedzimy, gadamy, ale bez żadnych fajerwerków towarzyskich, wieczorami idziemy wcześnie spać, nic się nie dzieje. Roznosi mnie, bo wszystko udałoby się lepiej zorganizować i efektywniej przeprowadzić, wycisnąć z tego czasu i naszych możliwości znacznie więcej.

Mniszki patrzą na mnie, nic nie wiedzą o moich frustracjach. Mają czas. Na kontemplację, ciszę, rozmowę, pielęgnację więzi. Emanują wewnętrznym pokojem, ale są wyluzowane i uśmiechnięte, bardzo otwarte, mimo barier językowych, i nieprzykrojone do żadnych schematów. Wolne kobiety.

Fot. Szymon Sikora

Fot. Szymon Sikora

Klasztor jest spory, ma kilka skrzydeł. Niegdyś żyło tu ponad trzydzieści sióstr. Zostało pięć: trzy staruszki, przełożona w średnim wieku i nasza młoda rodaczka. Zagłębiam się w przestronne korytarze, wchodzę pod strzeliste kamienne sklepienia, przemierzam puste dziś cele. Nasza praca ma w sobie coś przykrego, schyłkowego, jakbyśmy żegnali dawną świetność, usuwali ślady tego, co bezpowrotnie minęło, opracowywali nowe, skromniejsze ramy. Nie wiadomo, kto i kiedy wprowadzi się w te pieczołowicie przygotowywane pomieszczenia. Może stanie się to, co z wieloma klasztorami w Europie – w końcu jego utrzymanie przestanie być możliwe i trzeba będzie go sprzedać. Zapewne wielu by to ucieszyło, tych, którzy uważają te miejsca za marnowanie czasu, przestrzeni i dziedzictwa; woleliby je udostępnić ludzkości w postaci muzeum, a potem stopniowo upchnąć cenniejsze okazy po kątach, by zabytkową scenerię wykorzystać na restaurację albo luksusowy hotel.

A jednak nie, mam nadzieję że nie, że nigdy. Nie chodzi o sprawiedliwość ani o historię, i nawet nie tylko o religię. Zaczynam to rozumieć po paru dniach, gdy w końcu przestaję się miotać, wchodzę w rytm klasztornego życia i odkrywam w nim pierwotne pulsowanie własnej natury. Ta przestrzeń, gdzie jest szeroko, wysoko, cicho, spokojnie, surowo, prosto, jasno, naturalnie, ta przestrzeń ratuje świat – ciasny i zatłoczony, niski i duszny, pokryty piętrzącymi się warstwami makijażu, ciągle i ciągle zwiększający tempo, przeładowany bezwartościową tandetą, którą karmimy nasze ciała, zmysły i umysły. Ta przestrzeń jest arcycenna. Nie tylko dlatego, że każdy znękany może z niej zaczerpnąć; w jakiś nieuchwytny sposób ona zyskuje znaczenie kosmiczne. Tu chodzi o los świata, o zachowanie w nim resztek równowagi. Tu się toczy walka o człowieczeństwo.

Odwiedzamy siostrę Immaculatę, tymczasowo przebywającą w domu opieki. Słodka drobna starowinka, dopiero co przeniesiona z łóżka na wózek, na nasz widok wykonuje gest z klasycznego dowcipu o zakonnicach pod prysznicem – chwyta się za głowę, nerwowo sprawdzając welon. Jest na swoim miejscu, a cywilne ubranie można siostrze wybaczyć. Poznajemy się, nasza przewodniczka opowiada, skąd przyjechaliśmy. W tym pokoju, w tym polsko-austriackim kontekście historia wisi w powietrzu, jej świadomość jest namacalna. Immaculata wraca pamięcią do drugiej wojny. – Śledziłam działalność Hitlera i bardzo cierpiałam nad dolą Polaków – mówi cicho. – Tak się cieszę, że dziś jest inaczej, że możemy się tu spotkać. – Rozmowa schodzi jednak na Ukrainę, uświadamia jej, że pokój nie jest dany wszystkim. Łzy pojawiają się w wesołych zwykle oczach. – To mnie, starą i chorą, tak troskliwie pielęgnują, a tam kolejni młodzi ludzie giną. I znów muszę płakać nad światem – skarży się. I płacze faktycznie.

Siedząc tuż obok, czuję wyraźnie jej wzruszenie, udziela mi się jego intensywność, ale wiem, że to nie tylko emocje, lecz coś więcej – jakaś dogłębna prawdziwość. Ta stara kobieta przeżywa całą swoją osobą los drugiego człowieka; jest w tym w pełni autentyczna, bez śladu teatralności czy zblazowania. Pozorna izolacja mniszek od świata sprawia, że żywiej interesują się jego losem, umiejąc wyłowić to, co ważne, podstawowe. I ja to czuję przebywając w tych murach z przyjaciółmi: widzę w nas więcej prawdy, jakbyśmy byli tam bliżej pierwotnego Bożego zamysłu, nieprzysypani cywilizacyjnym nalotem. Immaculata śpiewa nam po niemiecku wysokim, drżącym głosem. – Boże, pobłogosław tych, których kocham – tyle rozumiem. Stoimy jak urzeczeni, uciekamy wzrokiem przed sobą nawzajem, w końcu wyciągam chusteczkę, ale kątem oka widzę, że nie tylko mnie by się przydała.

Fot. Szymon Sikora

Fot. Szymon Sikora

Płacz, siostro, płacz nad światem, on tego potrzebuje – żegnam się, ściskając pomarszczoną dłoń staruszki. – Dobrze, tutaj mam na to wyjątkowo wiele czasu! – uśmiecha się figlarnie. Nie wiadomo, jak wiele ludzkich losów dźwigają na sobie te drobne kobiety, które tak wielu lekceważy, i zapewne się tego nie dowiemy. Ale czuję, że jest to znacznie więcej, niż sobie wyobrażamy.

Tags:
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

You Might also Like

Dodaj komentarz