LOADING

Type to search

„Fiat” Tolkiena

Jan Popieluch 25 marca 2014
Share

Wczoraj, na dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem, obchodziliśmy Uroczystość Zwiastowania Pańskiego. To jeden z dwóch dni podczas tegorocznego Wielkiego Postu, w liturgii których cały Kościół śpiewa hymn „Chwała na wysokości Bogu”. Pierwszym była Uroczystość św. Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny.

Warto wiedzieć, że 25 marca to także data, którą J. R. R. Tolkien wybrał na umiejscowienie w fabule Władcy Pierścieni Bitwy pod Morannonem – ostatecznego starcia Wojny o Pierścień. Ten dzień, przynoszący nadzieję na zwycięstwo dobra nad złem, w naturalny sposób nawiązuje do roli Zwiastowania w historii Zbawienia. Nie jest jeszcze ostatecznym triumfem (do tego daleko), jednak rozjaśnia mroki i pokazuje, że ciemność może być pokonana. Cała mitologia Śródziemia jest przesiąknięta chrześcijaństwem. W samym Władcy Pierścieni jednak bezpośrednie nawiązanie do Boga (Eru) pojawia się tylko raz, w słowach Gandalfa:

Nie do nas należy decydować o czasie… jedyne, co możemy, to decydować o tym, co zrobić w czasie, który został nam dany. Są i inne siły działające na tym świecie oprócz zła.

Ponieważ 25 marca przypada również Światowy Dzień Czytania Tolkiena, zachęcam do zapoznania się z poniższym fragmentem listu, jaki angielski pisarz wysłał 1 listopada 1963 roku do swojego syna Michaela:

W ostatecznym rozrachunku wiara jest aktem woli napędzanym miłością. Naszą miłość może ochłodzić, a wolę nadszarpnąć widok wad, szaleństwa, a nawet grzechów Kościoła i jego duchownych, ale nie sądzę, żeby ktoś, kto raz zyskał wiarę, porzucał ją z tych powodów (a już z pewnością nie ktoś mający jakąkolwiek wiedzę historyczną). „Zgorszenie” co najwyżej wywołuje pokusę – jak nieprzyzwoitość wywołuje pożądanie, którego nie stwarza, lecz budzi. Jest to wygodne, ponieważ odwraca naszą uwagę od nas samych i naszych win, pozwalając nam znaleźć jakiegoś kozła ofiarnego. Lecz akt woli wiary nie jest pojedynczym momentem podjęcia ostatecznej decyzji: jest to stały, bez końca powtarzany akt – stan, który musi wciąż trwać – a zatem modlimy się o „ostateczną wytrwałość”. Stale tkwi w nas pokusa „niewiary” (która w istocie oznacza odrzucenie naszego Pana i Jego twierdzeń). Jakaś nasza cząstka pragnie znaleźć dla niej usprawiedliwienie poza nami samymi. Im silniejsza jest ta wewnętrzna pokusa, tym łatwiej i mocniej „gorszą” nas inni. Sądzę, że Jestem równie wrażliwy, co Ty (lub jakikolwiek inny chrześcijanin), na „gorszące” postępki zarówno duchownych, jak i świeckich. Wiele w życiu wycierpiałem z powodu głupich, zmęczonych, otępiałych, a nawet złych księży; wiem jednak o sobie wystarczająco dużo, by zdawać sobie sprawę, że nie powinienem z takich przyczyn opuszczać Kościoła (co dla mnie oznaczałoby wypowiedzenie posłuszeństwa Panu); powinienem go opuścić z powodu utraty wiary, nawet gdybym nigdy nie spotkał żadnego zakonnika, który nie byłby zarazem i mądry, i święty. Powinienem wyprzeć się Przenajświętszego Sakramentu, to jest nazwać Pana oszustem, mówiąc Mu to prosto w oczy.

Jeśli jest On oszustem, a Ewangelie są szalbierstwem – to znaczy poplątanymi opowieściami obłąkanego megalomana (co jest jedyną alternatywą) – to oczywiście widowisko wystawiane przez Kościół (w znaczeniu duchowieństwa), w przeszłości oraz obecnie, byłoby po prostu dowodem gigantycznego oszustwa. Jeśli jednak tak nie jest, to widowisko owo stanowi, niestety, jedynie to, czego należało się spodziewać: zaczęło się przed pierwszą Wielkanocą i wcale nie dotyczy wiary – poza tym, że możemy i powinniśmy być głęboko zasmuceni. Powinniśmy jednak rozpaczać w imieniu naszego Pana i dla Niego, wiążąc się z gorszycielami, a nie ze świętymi, bez zawodzenia, że nie możemy „znieść” Judasza Iskarioty czy nawet niedorzecznego i tchórzliwego Szymona Piotra lub też głupich kobiet, jak matka Jakuba, usiłujących wywierać presję na swoich synów.

Dodaj komentarz