LOADING

Type to search

Dziennik z podróży – dzień drugi.

Aneta Grzegorzewska 11 czerwca 2019
Share

Cóż to był za dzień. To jeden z tych cudownych dni, kiedy wraca się do ulubionych miejsc na ziemi, które już się widziało. Ja i mąż odbyliśmy kiedyś romantyczną podróż do Bergamo. To była podróż „niespodzianka”. Wsiadłam wtedy do samolotu nie wiedząc dokąd lecę. Dowiedziałam się dopiero w samolocie, kiedy stewardessa poinformowała, że to lot do Bergamo. Mój mąż Grzegorz uwielbia takie weekendowe wypady w romantyczne miejsca. Kocham Go za to, że po dwudziestu dwóch latach małżeństwa wciąż stara się dla mnie.

Nasze dwie córki Klara (17 lat) i Aniela (14 lat) były wyraźnie podekscytowane tą wycieczką. Widziały już Włochy, ale nie Bergamo. Mogliśmy tego dnia wcielić się w role przewodników i pokazać im najpiękniejsze zakątki starówki. Samolot do Bordeaux odlatywał dopiero o 16.00. Mięliśmy więc kilka godzin żeby dotrzeć do punktu docelowego, zwiedzić starówkę a potem dojechać na lotnisko.

Postanowiliśmy pojechać autobusem, który dowiózł nas na miejsce. Włosi są cudowni. Ich otwartość wzrusza mnie od zawsze. Restauracje i kawiarnie „wychodzą” na ulice, żeby goście mogli jeść i pić na świeżym powietrzu. Stare uliczki o niepowtarzalnym klimacie zapełnione są  turystami o każdej porze roku. La citta alta tętni życiem i zaprasza do odpoczynku i refleksji nad pięknem architektury tego miejsca. Piazza Vecchia to moje posto preferito. Lubię siedzieć przy fontannie i udawać, że czas się zatrzymał. Delektuję się widokiem budynków i ludzi, którzy akurat w tej chwili znajdują się w tym samym miejscu, co ja. Myślę wtedy, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Ci, którzy się tam urodzili i mieszkają mają dużo więcej szczęścia niż inni. Mogą żyć w pięknym miejscu na ziemi. Mogłabym tam żyć…

Przyszedł czas na espresso i dolcezza. Jest taka pasticeria, w której można kupić pizzę na kawałki, nawet słodką. Nie wiem, ile mają smaków. Nie sposób policzyć. Jak również nie sposób ustalić, ile jest rodzajów kawy. A kawa jest tu najlepsza na świecie. Po wejściu do cukierni znaleźliśmy wolny stolik na piętrze. Cóż to była za uczta… Pizza w kawałkach, różne smaki słone, słodkie i kawa. Dla każdego inna. W mojej rodzinie każdy lubi co innego. Ja i mąż jedliśmy zdrową pizzę z ciemnej mąki z dodatkiem szynki i rukoli, córki zamówiły sobie bułki z kawałkami czekolady i wanilią.  Po tej przyjemnej uczcie wybraliśmy się na spacer. Uliczki starówki zdają się nigdy nie kończyć. Cały czas pojawiają się nowe zakamarki, coraz piękniejsze. Po spacerze była sesja rodzinna i zdjęcia z ogromnym diplodokiem, znajdującym się w sąsiedztwie Muzeum Archeologii. Czas płynął nieubłaganie. Dochodziła druga i trzeba było wracać na lotnisko. Wsiedliśmy do autobusu nr 1. O tej godzinie chyba cała młodzież Bergamo kończy lekcje. Autobus wypełnił się gwarem, śmiechem i młodością. Dzieci wysiadały na kolejnych przystankach. Do lotniska dojechała garstka pasażerów oraz my.

Pożegnaliśmy na tydzień Bergamo. W drodze powrotnej znów się tu zatrzymamy.

*

Lot do Bordeaux przebiegł spokojnie. To nastrajało optymistycznie na spotkanie z nową rodziną. Nasza najstarsza córka Ewa 1,5 roku temu wyjechała do Francji. Podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie poznała Francuza o imieniu Lucas. Zaiskrzyło. Zdała maturę i poinformowała nas, że wyjeżdża do kraju swojego ukochanego, aby tam dalej się kształcić. Po dwóch latach znajomości zaręczyli się. Jechaliśmy poznać przyszłych teściów.

Było piękne słoneczne popołudnie. W Bordeaux powitał nas Eugène, tata narzeczonego naszej córki. Uderzył mnie widok winorośli rosnącej w sąsiedztwie budynku lotniska. Ale czemu się dziwię? Przecież Bordeaux słynie z najlepszych win we Francji.

Grzegorz i Eugène od razu znaleźli wspólny język. Podczas rozmowy okazało się, że mają podobne zainteresowania takie, jak na przykład prace w ogrodzie.Tata Lucasa pytał nas o różne sprawy dotyczące rodziny. My pytaliśmy go o jego rodzinę. Gdy zmęczenie podróżą osiągnęło wysoki poziom, Klara i Aniela zapytały naszego gospodarza, czy moglibyśmy pośpiewać? Zgodził się i pewnie żałował. Musiał słuchać do końca podróży ich śpiewu. Moje córki lubią śpiewać. Wszystkie trzy. Mają talent. Nie tylko ja tak uważam. Uważa tak wielu nauczycieli muzyki. To ich sposób na nudę a muzyka jest nierozerwalną częścią ich życia. Często śpiewam razem z nimi. Tym razem też mnie poniosło. Ale co tam. Wszak słowiańskie dusze są rozśpiewane. Najważniejsze to być sobą. W doskonałym nastroju dojechaliśmy na miejsce do Saint Georges des Coteaux. Tam czekały na nas dwie cudowne kobiety – Élisabeth  – mama Lucasa i Monique – jego najstarsza siostra.

Na kolację zjedliśmy zupę warzywną i sery z bagietką. O serach francuskich napiszę w dalszej części dziennika. Ser dla Francuza jest jak pasta dla Włocha. Można pisać poematy.

O 23.00 przyjechali narzeczeni – Ewa i Lucas. Studiują w Troyes i tego dnia byli jeszcze na zajęciach. Są bardzo pilni. Nie opuszczają wykładów jeśli nie muszą. Wzruszyłam się na widok córki. Nie widziałam jej dwa miesiące.

Tags:
Poprzedni artykuł

Dodaj komentarz