LOADING

Type to search

Share

„Różaniec to łańcuch bezpieczeństwa na stromej skale szczytów górskich.”

Tak o modlitwie różańcowej mówił Prymas Wyszyński. Wykorzystał porównanie różańca do łańcucha. Łańcuch z reguły kojarzy się z czymś co zniewala, nie pozwala się swobodnie poruszać, ogranicza. Istnieją jednak wyjątki i można do nich zaliczyć właśnie łańcuchy bezpieczeństwa. Najczęściej obecne w górach, czy przy drodze szybkiego ruchu. Takie łańcuchy dają poczucie komfortu, że sytuacja jest opanowana. Podobno jest też łańcuch, który może dawać poczucie wolności. Z pewnością zaliczyłabym do niego łańcuch rowerowy. Odegrał on niemałą rolę w moim spojrzeniu na wiarę i życie duchowe. Oczywiście nie sam, lecz w połączeniu z rowerem.

Jak to możliwe, że jazda na rowerze może mieć coś wspólnego z wiarą?

Jeszcze kilka lat temu, chyba ostatnią rzeczą, jaką połączyłabym z wiarą może być sport, a w dodatku rower. Zanim odkryłam, że jest to możliwe, rower kojarzył mi się z jazdą po mieście, z koszykiem albo bez, z maratonami MTB. Albo z wyprawami śmiałków do Azji albo do Chin z sakwami na bagażniku. Ewentualnie z Mają Włoszczowską i jej sukcesami na arenie międzynarodowej. Jak widać sposobów wykorzystania roweru istnieje wiele. Pewnie znalazłoby się ich tyle, ilu mamy ludzi. Każdy z nas na  tym polu mógłby zaprezentować własny styl, własną drogę.

Rowerowanie

Moja przygoda z rowerowaniem zaczęła się dość niepozornie kilka lat temu. Wierzę, że była to jedna z moich dróg do pogłębienia wiary. Był jednak taki czas, że mimo fascynacji tym sportem, na długie lata rower poszedł w odstawkę. Jeździłam, ale dość amatorsko. Krótkie przejażdżki po mieście, ewentualnie do pobliskiego parku. Traktowałam je bardziej jako spacer, niż jakąś znaczącą aktywność fizyczną. Na którymś etapie życia podobną, mizerną kondycję miałam też z żywą wiarą. Wierzyłam w życie duchowe, szanowałam je i przestrzegałam nawet większości zwyczajów. Tylko czegoś w tym wszystkim jakby brakowało.

Co z tą wiarą?

Kiedy byłam, można powiedzieć na rozstaju duchowych dróg, pytając co dalej, w moje ręce (a może bardziej uszy) trafił audiobook o. A. Szustaka pt. „Garnek Strachu”. Pamiętam, że był mi w tamtym czasie naprawdę potrzebny. To był czas jakiegoś nieuzasadnionego lęku o różne sprawy. W audiobooku było kilka ćwiczeń do wykonania. Pamiętam, że kiedy do nich przystępowałam, to oczekiwałam jakiegoś duchowego rozwiązania. Zależało mi też, żeby wskazówki do tego rozwiązania miały swoje źródło w Biblii. Byłam przesycona proponowanymi z różnych źródeł sposobami na szczęście.

Co najbardziej lubię?

Efektem jednego z ćwiczeń w audiobooku było wskazanie aktywności, którą najbardziej lubimy. W moim przypadku wszystkie odpowiedzi wskazywały na rower. Wcale się nie ucieszyłam. W tamtym momencie nie jeździłam już dobre kilka lat. Ostatnia przejażdżka i próba zdobycia stromego podjazdu bez rozgrzewki zakończyła się naderwaniem ścięgna Achillesa ( do dziś nie wiem, jak to zrobiłam). Poza tym, rower wydał mi się najmniej poważną i godną uwagi rzeczą. A jednak, na każde pytanie przy wykonywanym ćwiczeniu, niemal jak w grze „pomidor” odpowiadałam „rower”.

Co jest moim moździerzem?

Ale ten, który posiadam, to prawie wrak sprzętu, myślałam. Wprawdzie jeden z pierwszych modeli dość dobrej firmy, jaki ukazał się na rynku, ale po latach stracił na wartości, zużył się.  Wolno jeździł, wydawał piszczące odgłosy przy każdym ruchu, a do tego nie miałam zbyt dobrej kondycji i zawsze podczas przejażdżek ze znajomymi byłam niemal ostatnia. Kiedy wsłuchiwałam się w treści wspomnianego audiobooka, pomogło mi zapoznanie się z historią Gedeona. Gdy przyszedł do niego anioł, on siedział i dłubał w swoim moździerzu. Zastanawiałam się, co jest moim moździerzem, bo czułam się w całej sytuacji podobnie nieudolnie? Uznałam, że bez wątpienia był nim „rower”.

Gdzie dalej?

Ćwiczenia się udały, bo nakreśliły cel, którym powinna być wyprawa rowerowa. Tylko pojawiło się pytanie, w jakim kierunku miałabym tym rowerem wyruszyć, gdzie i z kim? Oczywiście tak, żeby nie powielać utartych schematów i starych ścieżek. Tak się złożyło, że w dość krótkim czasie dowiedziałam się o pielgrzymce rowerowej organizowanej w mojej parafii do Wilna. Trasa Łomża – Wilno liczy około 300 km. Przy tzw. „dobrym wietrze”, siłach, chęciach, które przecież miałam oraz sprzęcie i umiejętnościach można ją pokonać spokojnie w dwa dni. No dobrze, może trzy, żeby jeszcze coś po drodze zobaczyć. Wersja, która była przygotowana na czas naszej pielgrzymki, to trasa obejmująca swoim zasięgiem dość duży obszar Mazur, wydłużona do 700 km, podzielona na 6 dni. Każdego dnia do pokonania 100 – 120 km.

 

Kiedy dowiedziałam się o planie tej wyprawy pomyślałam, „ale ja nie dam rady!”

Ostatnia wskazówka z audiobooka, z którym wykonywałam ćwiczenia brzmiała: „Pójdziesz z siłą, jaką masz”. No dobrze, skoro Gedeon posłuchał, to nie będę gorsza. Wezmę z niego przykład, zdecydowałam. Mimo, że w tamtym czasie moja kondycja była naprawdę mizerna, to uznałam, że postaram się na tyle, na ile starczy sił.

Wreszcie w Wilnie

Z takim nastawieniem, po tygodniu rowerowych zmagań znalazłam się rowerem w Wilnie. Później pielgrzymki do Wilna stały się nieodłączną częścią wakacyjnego planu. Uczestniczyłam w nich wielokrotnie, za każdym razem pokonując w ciągu kilku dni około 600 – 700 km. Zanim wyruszałam na trasę pielgrzymki, starałam się przygotować w ciągu roku na dystansie około 2000 -3000 km. W ciągu kilku lat pokonałam ponad 20 000 km, zwiedzając i odkrywając przy tym obszar województwa podlaskiego w promieniu około 50 km od miejsca, w którym mieszkam. Osiągnęłam chyba wszystkie możliwe rekordy, jakie sobie wymyśliłam, takie jak średnia prędkość na trasie, prędkość zjazdów i podjazdów, długość wjazdów i podjazdów, wciąganie górek o dużym stopniu nachylenia terenu (polecam do tego Góry Świętokrzyskie i pięciokilometrowy wjazd na Święty Krzyż).

Rower i modlitwa

Po wielu wyprawach rowerowych, które udało się połączyć sport z drogami duchowego wzrostu. Pielgrzymki poza jazdą rowerową, zachęcały równolegle do modlitwy w trakcie jej trwania i prowadzenia medytacji przewidzianych na każdy dzień. Z każdą kolejną wyprawą zaczynałam rozumieć, że to nie o rekordy w tym wszystkim chodzi. One są ważne i noblilitujące. Pomagają osiągać coraz więcej, przekraczać granice. Jednak najważniejsze w tych dokonaniach jest to, jakich zmian we mnie dokonały. Jaki owoc wydał wysiłek włożony w coś, co miało być początkowo tylko aktywnością, którą lubię.

Myślę, że tak jest z każdą dziedziną życia.

Oto miałam do dyspozycji niepozorny rower. Sprzęt, któremu nie dawałam szans na to, że do czegokolwiek się jeszcze przyda. Tymczasem, kiedy w tej przestrzeni zaufałam Bogu i dałam się poprowadzić, z biegiem czasu On wszystko poukładał i przemienił ku dobremu. Dzisiaj, po przejechanych w ciągu kilku lat dziesiątkach tysięcy kilometrów, mam nadzieję, że solidna rama obejmie też inne dziedziny mojego życia. W każdym razie przygoda z rowerem, która rozpoczęła się od zwykłej medytacji pokazała mi, w jaki sposób mogę podchodzić też do innych zadań. Może jeszcze nie wszystko powierzyłam Bogu tak, jak dawniej swoje hobby, ale ufam, że i z innymi obszarami razem z Nim też będzie z górki.

Tags:

Dodaj komentarz