LOADING

Type to search

Django

Sebastian Banasiewicz 12 kwietnia 2013
Share

Zobaczyć, że miłość jest największą motywacją.

Quentin Tarantino to już twórca kultowy. Zapewne historia zapisze go jako ironistę, o ciętej ripoście, eskapistę, o niecodziennym spojrzeniu i wizjonera, szczególnie w kinie postmodernistycznym. Jednak najważniejsze jest to, co po sobie pozostawi. A może przede wszystkim, co chce nam przekazać. Bo mi powoli wysuwa się z szuflady ”ekscentryka”. Zaczyna przypominać znawcę historii, który skupia się na rzeczach ważnych. Przecież nie można tworzyć przyszłości, nie ucząc się na błędach przeszłości. Pokazuje to jego najnowszy film ”Django”. Mówiący o problemie niewolnictwa na południu Stanów Zjednoczonych.

Poprzez gatunek westernu Tarantino pokazuje swój kunszt. Nie chodzi, aż tak bardzo o reżyserię, bo z taką obsadą to robiła się ona sama. Bardziej zachwycający jest scenariusz. Dialogi są ostre jak brzytwa. Dające dużo do myślenia. Tło akcji jest jakby namalowane pędzlem. Możemy je zobaczyć w trakcie dawania widzowi oddechu. Na przykład przemierzając konno zaśnieżone ”Południe”. Takie kreślenie akcji daje nam szansę zagłębić się w bohaterów. Poczuć to co przeżywają. Podążyć za pieniądzem jako płatny zabójca. Myśleć o wyzwoleniu jako czarnoskóry niewolnik. Albo pragnąć swojej ukochanej osobie, przeżyć tęsknotę.

Django należy pisać z dużej litery. Również przez wątek miłosny, który jest tutaj bardzo mocno pokazany. Miłość jest głównym bodźcem do robienia rzeczy wielkich. Właśnie taką prawdę chce nieść ten obraz. Wolność jest tylko drogą, która prowadzi do drugiej osoby. Niewolnictwo staje się zaś przede wszystkim oddzieleniem od miłości. Bo w oczach Django przejawiała się jedna myśl. Pragnienie spotkania. Pomimo, że stał się wolnym człowiekiem był jeszcze bardziej zniewolony. Wszystko przez to, że nie mógł być z ukochaną. Pragnienie miłości.

Pamiętam niedawną rozmowę w gronie znajomych. Doszliśmy do momentu omawiania kinowych nowości. Usłyszałem, że w ”Django” mało się dzieje. Chodziło tu bardziej o mniejszy rozlew krwi na prawo i lewo. Do końca tak nie jest, bo sceny akcji są „szybkie”. Tytułowy bohater zostaje bowiem najszybszym strzelcem na ”Południu”. Pomyślałem więc, że to średnia produkcja. Ależ miło się zawiodłem. Uwielbiam takie momenty, gdy prawie nic nie wiem o dziele, a nawet myślę, że jest słabe. Po czym okazuje się, że ma to coś. Cząstkę, która zostaje w tobie. Wpływa na ciebie. A ty wiesz, że to jest dobre. Sprawia, że możesz poczuć radość, zachwyt i zadumę. A przede wszystkim niesie przekaz i pozwala się czegoś nam nauczyć.

Nagrody były więc jak najbardziej zasłużone. Dwa Oskary, dwa Złote Globy, dwa BAFTA’y. W czasie napisów końcowych zaczyna już brakować tej westernowej wymiany zdań. Dlatego nagroda za scenariusz. Druga to rola drugoplanowa Christoph’a Waltz’a. Postać dr Schultza może zostać zapisana na długo w pamięci. Okazuje się, że można polubić niemieckiego ”łowcę głów”. Który chce obdarować kogoś wolnością. Nie chce być rasistą. Buntuje się przeciw prawom ówczesnego świata. Tylko przyklaskiwać i brać przykład… z Doktora… z Django.

Następny artykuł

Dodaj komentarz