LOADING

Type to search

Dekalog. . .dni ostatnich.

Lewandowski 21 marca 2013
Share

Twitter – choć ten portal społecznościowy stale już zagościł w mediach jako źródło informacji od polityków i innych znanych osób, to nigdy jeszcze nie był pewnym dowodem tego, że konklawe się zakończyło i mamy papieża. Kilka minut po widocznym nad Kaplicą Sykstyńską białym dymie, kard. Peter Turkson z Ghany zalogował się na Twittera (co poniektórzy przyjęli z pewną ulgą, że jednak nie będzie czarnego papieża i koniec świata został choć trochę oddalony) a kilkanaście minut po ogłoszeniu wyboru, oficjalny profil papieski @Pontifex obwieścił: HABEMUS PAPAM FRANCISCUM. Niedługo trzeba było także czekać, na pierwszego papieskiego tweeta. Kilka dni temu (już po spersonalizowaniu konta) napisał: „Drodzy przyjaciele, z serca wam dziękuję i proszę, abyście nadal modlili się za mnie. Papież Franciszek.” A strona jezuici.pl przed cały wieczór i dzień następny po konklawe nie mogła się podnieść z nadmiaru emocji (albo, co bardziej prawdopodobne, z powodu jakichś trzech milionów wejść na minutę).

Biały dym i…mewa – dzień wyboru papieża zastał mnie na uczelni, gdzie w czasie trwania wykładów (mam nadzieje, że jednak nie będzie to, co teraz napiszę rzutowało na wiadomo co w czerwcu)…oglądałem komin. Serwis news.va transmitował na okrągło wydarzenia związane z tym najważniejszym wtedy kawałkiem blachy (nazwa robocza, nie mam pojęcia z czego robi się kominy) na żywo bez żadnego komentarza. Wśród godzin spędzanych nad obserwacją bądź, co bądź, dość statycznego obiektu, rozrywkę dziennikarzom (szczególnie w ostatnich godzinach) zapewniała pewna siadająca nań i odlatująca z niego na przemian mewa. Po gromkim przywitaniu nowego Ojca Świętego wszyscy zapomnieli o ptaszynie, aż do momentu jak jeden z obserwatorów obejrzawszy jeszcze raz zdjęcia, podejrzewam, że pełen odkrywczego blasku w oku, krzyknął: „Przecież to mewa srebrzysta – larus argentatus!”. Czy faktycznie był to ten gatunek – pozostawiam tą decyzję specjalistom, mnie ciszy natomiast, że mała mewa stała się jednym z cichych bohaterów całego wielkiego przedstawienia.

Scola – kardynał Angelo Scola będący Arcybiskupem Mediolanu już na poprzednim konklawe w 2005 roku był wymieniany jako jeden z papabili (czyli tych, którzy są faworytami na nowego papieża). Wiele miało na to wskazywać: a to, że papież w 2011 roku mianował go metropolitą jednego z największych miast we Włoszech, a to, że w czasie ostatnich spotkań z kardynałami, właśnie delegacja z Mediolanu była tą ostatnią którą przyjął i że kard. Scola to jeden z nieprzeciętnych intelektualistów i myślicieli (patrz: byłby świetnym następca jednego z najlepszych, jak nie najlepszego teologa XX wieku – Ratzingera). Okazało się jednak, że zasada mówiąca o tym, że kto wchodzi na konklawe papieżem, wychodzi z niego kardynałem zadziałała i o kardynale Scoli po wyborze Franciszka – zapomniano. A szkoda, bo to faktycznie nieprzeciętny myśliciel.

Konklawe – ten wyraz w ostatnich dniach przed wyborem odmieniono dosłownie przez wszystkie przypadki (nawet te których pewnie nie ma). W gazetach zobaczyliśmy potężne stronice z krótkimi życiorysami wszystkich kardynałów, Internet zafundował nam świetne ikono-grafiki prezentujące całą procedurę wyboru, w telewizji widzieliśmy wyposażonych w sprzęt zabezpieczający strażaków mężnie wspinających się na dach Kaplicy Sykstyńskiej i montujących chyba najsłynniejszy komin świata (patrz: Biały dym i…mewa). A kardynał Nycz (tak, przyznaję, że miałem myśl, co by to było, gdyby jednak on) trzeźwo w swoim stylu stwierdził: „To jest najwspanialsze w konklawe, że wszystkie ludzkie rachuby są wtórne w stosunku do tego co się dzieje.” (patrz: Scola) I to uznajmy za pointę.

Buty (czyli szczegóły stroju) – kiedy Franciszek pojawił się po raz pierwszy na tzw. Balkonie Błogosławieństw, zauważono, że nie założył czerwonej pelerynki obszywanej futrem z gronostajów (tzw. mucety) i stuły (tę przywdział udzielając błogosławieństwa). Kiedy zobaczyliśmy papieża w pełnej krasie oczy i obiekty aparatów fotograficznych dziennikarzy skierowały się na jego zwykłe czarne buty (w miejsce których spodziewano się czerwonych papieskich trzewików) ruszyły fale spekulacji. Od bardzo pro – bo ten gest wyraża bardzo klarownie pokorę i skromność Ojca Świętego i jego stosunek do ludzi z marginesu, do bardzo anty – że Wikariusz Chrystusa winien jednak nosić bardziej wyrafinowane obuwie, wszak to nie byle jaka funkcja. A w jednym ze swych tekstów ks. Andrzej Draguła celnie stwierdził, że: „Z jednej i drugiej strony obserwuję licytowanie się na interpretację poszczególnych gestów czy słów, które miałyby potwierdzać przyjęte wobec nowego papieża oczekiwania.” I tyle.

Dobry wieczór i dobrego obiadu! (czyli przemówienia) – cisza poprzedzająca pierwsze słowa papieża do wiernych zgromadzonych na Placu Św. Piotra to niezwykle przejmujący i zdawałoby się, ciągnący się w nieskończoność moment. Ta chwila krótkiego, oficjalnego przemówienia i błogosławieństwa wiernych zwykle przyjmowana gromkimi brawami „co pontyfikat” wygląda jednak nieco inaczej. Jan Paweł II prosił o poprawienie go, jeżeli pomyli się we włoskim (słynne „nella vostra… nostra lingua italiana…”), Benedykt XVI mówił, że jest skromnym robotnikiem Winnicy Pańskiej, a Franciszek przywitał się ze wszystkimi prostym: „Dobry wieczór”. Okazało się, że podobną formę (co niektórzy od razu zaczęli przepuszczać przez kamienie młyńskie przeróżnych interpretacji, patrz: Buty ) stosuje w homiliach czy modlitwie „Anioł Pański”; są one proste, dosadne i oszczędne we wszelakich hiperbolach i ornamentach językowych. I jak się zdaje (co moglibyśmy określić językiem współczesnego marketingu) papież trafia w target.

Ubóstwo – kolejny po „konklawe” termin, który mogliśmy usłyszeć ostatnio w mediach nader często. Skojarzenie z imieniem papieża jest bardzo oczywiste, a żeby tego było mało on sam w jednej z homilii podkreśla: „Chciałbym Kościoła ubogiego i dla ubogich”. Żebyśmy jednak nie popadli w jakąkolwiek skrajność i dobrze w końcu zrozumieli, że ubóstwo nie jest chodzeniem w zimie w dziurawych butach i krótkich spodenkach oddajmy na chwilę głos (potem jednak szybko go z powrotem weźmiemy) Szymonowi Hołowni, który w „Bogu, kasie i Rock’n’rollu” pisze (będzie długaśny cytat): „Życie ubóstwem to uświadomienie sobie, że dla wszystkich na tym świecie wystarczy jedzenia i miłości. Trzeba się oczyścić z nadmiaru, wtedy wystarczy wszystkiego każdemu. To pomoże też nam, bo nie możemy przecież przyjąć daru, mając śmieci na rękach. Kościół ma taką obsesję na punkcie ubogich, bo to w pewnym sensie modele chrześcijanina – ludzie otwarci, czekający na cud. O Twoim ubóstwie nie mówi stan konta, ale to, jaki masz do niego stosunek. Czy ufasz tym pieniądzom, myślisz o nich, marzysz o tym, że chciałbyś ich mieć więcej i martwisz się, że nie masz ich dość. Takie myślenie zabija człowieka, czasem nawet zupełnie dosłownie, co zresztą opisane jest w Dziejach Apostolskich, gdy niejacy Ananiasz i Sara przynoszą apostołom środki ze sprzedaży nieruchomości, część jednak zatrzymują dla siebie. Zachowują się według naszych standardów roztropnie, lecz – w warunkach, gdy Bóg jest na wyciągnięcie ręki, a niebo jest szeroko otwarte – okazuje się, że nie przechodzą testu, trafia ich szlag. W niebie nie będzie miejsca na zapobiegliwość z gatunku: . Albo ufasz Bogu, albo Mu nie ufasz.” Amen.

Junta? – kiedy wszedłem do domu (a właściwie wbiegłem z niebezpiecznie owiniętym dookoła szyi szalikiem) wieczorem w tym dniu, kiedy wybrano Franciszka, ochoczo zacząłem zbierać jego zdjęcia i o nim informacje w nadziei dowiedzenia się czegokolwiek o kardynale o którym (wstyd, ale się przyznaję) nie miałem dotąd zielonego (albo trafniej – purpurowego) pojęcia. Bardzo pomocny okazał się w tym jeden z moich bliskich przyjaciół, który (próbując jednak go nie urazić napiszę, że nie słynący z wielkiej miłości do mojego Kościoła) szybko odnalazł informację o rzekomych koligacjach nowo wybranego biskupa Rzymu z argentyńską juntą. Nie wchodzę w polityczne zawiłości i szczegóły tamtego okresu (bo zwyczajnie brakuje mi do tego kompetencji), wiem jednak, że cała sprawa dotyczy tak naprawdę dwóch wydarzeń: porwanie dwóch jezuitów w 1976 r. (rzekome, bardzo często mieszające się ze sobą opinie począwszy od tego, że Bergoglio miał być za nie współodpowiedzialny, po wersję, że to jednak właśnie jego interwencja uratowała im życie), oraz (druga sprawa) uprowadzenia kobiety będącej w piątym miesiącu ciąży, która porwana, zdążyła przed śmiercią urodzić, a kardynał miał nie podjąć jakichkolwiek działań, by dziecko trafiło to swojej biologicznej rodziny. 15 marca z ust rzecznika Watykanu otrzymaliśmy szerokie dementi które stwierdza, że oskarżenia takie rozsiewaną są przez środowiska związane z antyklerykalną lewicą i „powinny być zdecydowanie odrzucone”. W podobnym – broniącym Franciszka – tonie wypowiada się laureat pokojowej nagrody Nobla, Adolfo Pérez Esquivel. Mnie z kolei ta sytuacja przypomina niektóre wyciąganie „brudów” i „półprawd” z przeszłości, obecne na polskiej scenie politycznej od lat i to co bardzo często po nich następowało – sprostowania i przeprosiny na pierwszych stronach najbardziej poczytnych dzienników.

Jadę z chłopakami! (czyli biedna ochrona) – jak się okazało, nie tylko elementy uniformu i styl homilii zaskoczyły obserwatorów. W dniu wyboru Franciszek miast udać się do Bazyliki św. Piotra specjalnie przygotowaną, papieską limuzyną, wybrał ten sam autobus, którym z resztą kardynałów przyjechał na konklawe. Nie sposób jednak nie zauważyć, że cichym bohaterem tych wydarzeń (warto zwrócić szczególnie uwagę na spotkanie papieża z wiernymi po wyjściu z Watykańskiego kościoła parafialnego [sic!] lub wyprawę po rzeczy do hotelu i płacenie osobiście rachunków) jest papieska ochrona. Z jednej strony trochę zazdroszczę im pracy (mogą codziennie widzieć z bardzo bliska Ojca Świętego), ale z drugiej przy obecnym stylu jego działania musi być to robota wprost katorżnicza. Wiem, że są to ludzie specjalnie szkoleni i przygotowani do działania w stresujących warunkach i nie powinien ich dziwić ów styl ani tym bardziej nie powinni narzekać na jakiekolwiek zawirowania planu dnia w pracy nie mniej jednak – ciężka sprawa. Ale panowie, jeżeli którykolwiek z was to czyta, uroczyście ogłaszam: jeśli macie jakiś wakat – biorę w ciemno!

Don`t cry for me Argentina – wybór Bergoglia na Stolicę Piotrową jego rodzinny kraj przyjął z charakterystyczną dla siebie fiestą (choć prezydent kraju Cristina Fernández de Kirchner – mająca, powiedzmy to delikatnie, nieco inne zdanie co spraw społecznych i światopoglądowych – miała nie być szczególnie zachwycona tym wyborem). Dla Argentyny czas kardynała Bergoglio się skończył, dla świata rozpoczął się czas Franciszka. Nie mnie formułować (szczególnie na tym etapie pontyfikatu) jakiekolwiek makro oceny, ale przypuszczam, że o ile Jan Paweł II pokazał nam wielką i wspaniałą miłość, Benedykt XVI głęboką i żywą wiarę to Franciszek będzie papieżem, który obudzi w nas prawdziwą nadzieję.

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Dodaj komentarz