LOADING

Type to search

Decydując w wolności

Agnieszka Gawrych 6 maja 2013
Share

Kilkakrotnie już spotkałam się ze stwierdzeniem, że tak jak ma to miejsce w odniesieniu do kształtowania się opinii, poglądów, tak również i w kwestii wiary jesteśmy w znacznej mierze wytworem naszych rodziców, dziadków. Zgodnie z tą perspektywą to, czy wyznajemy, że naszym Panem jest Jezus, czy też uznajemy, że nie ma Boga nad Allacha wypływa z tradycji, zachowań, czy wychowania. To właśnie wychowanie miałoby nas ugruntować i sprawić, że powyższe wyznania byłyby świadomymi, wypływającymi z serca przekonaniami.
Cóż, jakkolwiek jest w tym założeniu ziarno prawdy, to jednak kiedy słyszę podobne opinie coś zaczyna się we mnie gotować. Mogłabym nawet zaryzykować stwierdzenie, że to “gotowanie się” jest wynikiem zwykłego buntu. Buntu człowieka, który zawzięcie walczy o swoją niezależność i chęć samostanowienia. Ale czy na pewno o to chodzi?
Pierwszą rzeczą, którą można by zrobić już na początku argumentacji, co zresztą zaraz uczynię, jest przytoczenie fragmentu Pisma Świętego, który wyraźnie mówi o tym, że to Bóg nas wybrał, a nie my Jego, “Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem” J 15, 16, a co także wynika z tego stwierdzenia, nasza wiara nie może być jedynie, czy też w ogóle spadkiem po dziadku. Na tym można by właściwie zakończyć polemikę i przejść do rozważania kwestii, która nasuwa się jako ciąg dalszy: a co jeżeli moja wiara jest właśnie taką spuścizną i praktykuję właśnie dlatego, że “wyssałam to z mlekiem matki”. I chociaż korci mnie, żeby przejść do kwestii numer dwa, nie mogę poprzestać na jednym argumencie z prostej przyczyny: cytat z Pisma Świętego nie musi być dla każdego ostateczną odpowiedzią na wszelkie dylematy na tym świecie. Mało tego, o ile mogłabym przekonać część osób przytoczeniem cytatu ze Świętej (dla niektórych) Księgi, to już nie każdy da wiarę mojej interpretacji uznając, że jest to po linii z tym co mówi Kościół, bo przecież mogłam to i owo nagiąć i zręcznie posługując się cytatem udowodnić coś, co sama pragnę głosić.
Bez wątpienia rzesza katolików, czy chrześcijan w Polsce to ludzie ochrzczeni za sprawą woli rodziców i bardziej lub mniej skutecznie wychowywana w wierze. I często słyszę to, zarówno od osób wierzących, jak i niewierzących, że ich zapatrywania na Boga i wiarę to coś, co wyniosło się z domu. Przychodzi mi w tym momencie na myśl przykład osoby, która mówiła mi o tym z żalem (nawet jeśli niezamierzonym). Tak jak gdyby to, czy przyjmujemy istnienie Boga, Jego miłość i życie, które nam daje było nam pisane z góry (w takim przypadku byłby to pewnie scenariusz naszych aktywnych duchowo, bądź nie- rodziców). Pachnie mi to predestynacją, a to słowo, którego nie lubię. Przecież nie jest prawdą to, że muszę lubić tego wykładowcę, którego ceni większość studentów. Nie jesteśmy także zmuszeni oglądać w telewizji programów tj. “Pamiętniki z wakacji”, czy “The Voice of Poland”, bo taką mamy ofertę programową w najlepszym czasie antenowym i nic na to nie poradzimy. Nikt nie każe nam przecież robić skarpet na drutach kiedy już stuknie nam ta sześćdziesiątka, bo to takie typowe dla starszych pań, podczas gdy nam marzy się skok ze spadochronem. Oczywiście można by tak w nieskończoność. Gdzie w tym wszystkim jestem ja? Gdzie jest prawda, której szukam? Czy jest ona w Jezusie, czy nie? Może nie jest. Dlaczego nie wolno mi szukać? A jeśli mi wolno to na co czekam? Skoro “szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam” Mt 7,7 to w drogę. Plecak na plecy i naprzód. Wygodna sofa to chyba nie najlepszy pomysł na resztę życia.
No dobrze, cofnijmy się do dylematu: a co jeżeli? A co jeżeli tkwię sobie w Kościele (ale może tkwię gdzie indziej, ja się wcale nie upieram na ten Kościół) i z tym koszyczkiem biegam do kościółka jak się nieco zazieleni (a nie jak w tym roku…) i jak ksiądz święci jajka i mięso to wszyscy jak jeden mąż robimy pobożny(?) znak krzyża, zapominając np. o Triduum i w ogóle o istocie rzeczy? Warto, myślę sobie, robić to co robię ja od dobrych kilku minut- zresztą, powiedzmy to sobie szczerze, w dość irytujący sposób- warto zadawać pytania, sobie, tym którzy stanowią dla nas autorytet, punkt odniesienia. Parafrazując słowa Ojca Świętego przyjaciele to ludzie, dzięki którym stajemy się lepsi, dlaczego więc nie skorzystać z tego co mają nam do zaoferowania?
Przychodzi mi na myśl jeszcze jedna, kto wie, czy nie najważniejsza, kwestia pewnego daru. Daru, bez wspomnienia którego cały ten wywód nie byłby pełen, mianowicie daru wolności. Błogosławieństwa i przekleństwa, ale przede wszystkim wyrazu głębokiego zaufania do człowieka. Zaufania, które tak często wykracza poza nasze ludzkie możliwości. Mówiąc to, mam na myśli sytuacje, w których my nie jesteśmy tak skorzy do naśladowania Boga i z troski o innych ograniczamy im wolność zabraniając jedzenia lodów, bo na pewno się po nich rozchorują i umrą. Naturalnie przesadzam. Oczywiście temat wolności, tej którą otrzymaliśmy i tą, którą dajemy to temat rzeka, a przykład o lodach to tylko żałosna próba refleksji nad tym, że w naszym przypadku to częstokroć nie tak ochoczo rozdawany prezent. Bo przecież idąc dalej tym tokiem myślenia mogłabym postulować uwolnienie wszystkich kryminalistów, a tego czynić nie mam zamiaru.
Otrzymaliśmy prezent, (nieszczęsny dar wolności) który mnie osobiście wzrusza, bo jest wyrazem najgłębszej miłości, ale i zaufania, a także wzięciem na siebie konsekwencji głupstw, które popełniamy, ale z drugiej strony stanowi niemałe wyzwanie, bo wolność pozostawia nas na rozdrożu. Co więcej, możemy stwierdzić, że łatwiej na rozdrożu usiąść i czekać na to, aż nas zaniosą tam dokąd pragniemy dojść- nie musimy nawet podejmować decyzji. A przecież podejmujemy ich tak wiele: studia, praca, zakup ubezpieczenia, kredyt, małżeństwo, kupno psa, świnki morskiej, czy mleka bezglutenowego. Na wszystko musimy znaleźć czas i go mamy, ale co zrobimy kiedy skończy się czas bezglutenowego mleka i wszystkich powyższych atrakcji? Czy nie jesteśmy ciekawi tego czy tam, po drugiej stronie nie czeka na nas jakiś Tata, który kocha nas najbardziej na świecie? O czym będziemy z nim rozmawiać tam, jeśli nie chcemy tego robić już tutaj?
Popłynęłam co prawda, ale teraz podejmując próbę wymanewrowania mojego czółna i umiejscowienia go na właściwym torze krótko podsumuję to, co napisałam. Wolność wyboru- skoro ją mamy i skoro jako gatunkowi myślącemu wolno nam zmieniać zdanie to, czy jako dorośli i dojrzali ludzie nie dokonujemy decyzji o tym w co lub Kogo wierzymy?

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Leave a Reply