LOADING

Type to search

Co się stanie, gdy znajdziesz się sam na opuszczonej Stacji

maciekzet 28 września 2014
Share

Miejsce w którym teraz się znajduje nie należy do przyjemnych. Brakuje światła, jest zimno i pusto. Gdybym chciał, mógłbym w bardzo prosty sposób zmienić położenie. Doskonale wiem co należy zrobić by znaleźć się w miejscu jasnym, ciepłym, i pełnym bliskich osób. Z jakichś jednak przyczyn ciągle tu jestem i nie mogę nic zmienić. Nie mogę, lub po prostu nie chcę, tylko sam boję się do tego przed sobą przyznać. W swej nieopisanej próżności wolę siedzieć po ciemku – bo przecież utrzymanie światła często wiążę się z wysiłkiem, w zimnie – bo by było ciepło trzeba czasem się gdzieś ruszyć, oraz w samotności – bo utrzymanie dobrych relacji z innymi wymaga nie raz dania czegoś z siebie.

Choć bronię się przed tym jak mogę, to jednak gdzieś pod skórą czuję że to nie jest naturalny stan rzeczy. Egoizm i pycha, których sobie nie uświadamiam, nie są tym co mnie uszczęśliwi. Bo musicie wiedzieć, że tu gdzie teraz jestem, znalazłem się w poszukiwaniu szczęścia. Postanowiłem szukać czegoś, co miałem przed nosem, i dopiero gdy to straciłem, dowiedziałem się jak to jest gdy jest ciemno, zimno i samotnie….

Dobrych kilka lat jechałem pociągiem który miał mnie zawieść do celu, jednak w swej głupocie uznałem, że nikt nie będzie mi mówił gdzie mam wysiąść. Opuściłem więc przyjemny skład gdzieś w połowie trasy. Stacja na której się znalazłem, choć na początku wydawała mi się atrakcyjna, bo inna niż to czego doświadczałem do tej pory siedząc w przedziale, szybko straciła swe pierwotne walory. W zasadzie to nigdy ich nie miała, ale żeby to dostrzec, trzeba było spędzić na niej wystarczająco dużo czasu, by pociąg którym tu przyjechałem ruszył dalej, zabierając ze sobą ostatnie smugi ciepłego światła, padające na peron z wnętrz pełnych ludzi wagonów. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie że jednak nie chcę tu być. Problem jednak w tym, że pociąg już odjechał, i choć za chwilę będzie następny, wstyd mi wsiąść do niego ponownie. Równałoby się to przecież z przyznaniem do błędu. A to, zwłaszcza w tym wypadku, jest trudniejsze niż myślałem. Dlatego jeszcze mam siłę znosić ten chłód i samotność. Wszystko jest bardziej znośne od ukorzenia się przed samym sobą.

Najpierw kazała mi tu wysiąść moja pycha, a teraz przy życiu podtrzymuje mnie duma. To ona nie pozwala mi pojechać dalej, i to przez nią boję się przyznać że po mojej pięknej, wymarzona stacji, na której miałem realizować marzenia o wolności, została jedynie stara, rozwalająca się poczekalnia w szczerym polu. Dziś trzyma mnie przy życiu, by jutro mi je zabrać. Miałem zacząć żyć, a zacząłem umierać.

Wtedy uświadomiłem sobie, że choć mam tutaj dużo przestrzeni, to nie ważne w którą stronę bym się nie ruszył, zawsze trafię donikąd. Mogę iść dniami i nocami, a i tak padnę zanim gdziekolwiek zdążę dojść.

Do celu można stąd dojechać jedynie pociągiem, który właśnie odjechał. Jego wagony, choć bywają ciasne, i nie zawsze można w nich robić to na co ma się akurat ochotę, jednak nieustannie poruszają się do przodu, i prędzej czy później, dowiozą pasażerów do celu. A tu, w tej poczekalni życia, mogę jedyne czekać na coś, co i tak nigdy się nie zdarzy. Na komunikat z megafonu, który wreszcie zapowie pociąg jaki spełni moje wszystkie zachcianki. Zarówno co do klasy, jak i celu podróży.

Cały paradoks tej sytuacji polega jednak na tym, że tory prowadzą tylko w jedną stronę, i cel również jest jeden. Pociąg to Kościół, a cel to zbawienie. Tu nie ma dwóch dobrych wyborów. Albo się wsiądzie do właściwego pociągu, albo na wieku ugrzęźnie na prowincjonalnej stacji, udającej przez chwilę dworzec główny. Ja chyba właśnie zaczynam to rozumieć. Zresztą trudno by było inaczej, gdy codziennie patrzę na pociągi pędzące hen przed siebie, a sam ciągle tkwię gdzieś w polu. Teraz tylko muszę się odważyć by ponownie wsiąść do jednego z nich, i uwierzyć w cel do którego mnie chce poprowadzić.

I choć nie wiem ile razy na dzień, miesiąc, rok, czy dekadę z niego wysiądę: siedemdziesiąt siedem, czy siedemset siedemdziesiąt siedem, to jednak mam głęboką nadzieję że zawsze zdążę wsiąść z powrotem zanim odjedzie ostatni.

Jedno jest pewne: nie jest łatwo złapać pociąg do wiary, ale na pewno warto się starać. Liczy się tylko stacja końcowa. Wszelkie pośrednie perony to tylko ułudy, które mają zatrzymać nas w tej najważniejszej podróży, tak byśmy nie zdążyli do celu, do którego zdążamy od dnia chrztu. Dla tych którzy im ulegną, najgorszym będzie dzień, w którym uświadomią sobie że zapyziała poczekalnia w której utknęli na wieczność to ich stacja końcowa, a cel do którego mieli dotrzeć, znajduje się daleko przed nimi.

Na szczęście by tego uniknąć, wystarczy zawsze mieć przy sobie ważny bilet. Jest do nabycia za darmo w każdym konfesjonale.

Tags:

Dodaj komentarz