LOADING

Type to search

Ciemną jesienną nocą

Kasia Węglarczyk 26 października 2014
Share

Żadne słowa tego nie opiszą, co poczuć może człowiek ciemną jesienną nocą. Tak właśnie, myślę w ten koszmarny piątkowy wieczór, w dzień, w którym ciemność i chłód zapanowały nieodwołalnie nad naszą częścią świata, gdy rozpieszczająca nas przez większość października złota polska jesień znienacka odeszła, rozpłynęła się w przenikliwie zimnej mgle i smogu. W kalendarzu do listopada jeszcze tydzień, za oknem już, a we mnie…

Osobiście sezon zimowy uważam za otwarty, gdy z zakamarków mojej tożsamości wypełza człowiek koc. Człowiek koc nie jest w stanie rano wygrzebać się z łóżka, więc wstaje razem z nim: do łazienki, kuchni, ba, przedpokoju nawet zabiera ze sobą kołdrę, spod której w zależności od potrzeby wystawia na krótko rękę, nogę albo czubek nosa. W końcu z bólem opuszcza swe schronienie, do którego wieczorem chyżo powraca, odbębniwszy niezbędne minimum życiowej aktywności. Mniejsza jednak o koc. Sedno w tym, że człowiek redukuje się do jakiegoś pokurcza. Nie żyje, wegetuje. Nie przeżywa, chce tylko przeżyć. Zziębnięty, skulony, otulony czym się da, powolny, na poły sparaliżowany, ze schyloną głową, ściśniętymi ramionami, dłonie grzeje między kolanami, nie patrzy, nie słucha, nie wchodzi w kontakt, nie podaje ręki, nie ma go.

Można się śmiać z człowieka koca, ja też się śmieję, zwłaszcza z tego w sobie (chyba zasłyszałam gdzieś to pojęcie, nie wydaje mi się, by było moje). On jednak tak wiele o mnie mówi. Jest jedną wielką potrzebą, wołającym o litość rozedrganiem, krzykiem o ciepło, o przygarnięcie. Chciałby pewnie żyć, działać, ale nie umie, musi się skoncentrować na samym przetrwaniu. Jest taki poziom doświadczenia, kiedy wszystkie ambicje, wyższe pragnienia, cele i idee stają się nieważne, oderwane, totalnie abstrakcyjne wobec tego jednego nieodpartego konkretu, który ogniskuje wokół siebie naszą świadomość: jest zimno albo głodno, albo coś boli, i to nas w całości absorbuje. Cóż, takie ułomne człowieczeństwo. I to dotyczy nie tylko ciał – choć to łatwiej można opisać, komicznie albo dramatycznie – ale też serc. To drugie częściej. I sprawa jest wtedy poważniejsza.

Fot. Artur Kaszowski

Fot. Artur Kaszowski

Kiedy więc w koszmarny, zimny wieczór wbijam się w kanapę z kubkiem czegoś gorącego, myślę o tym, jakie to cholerne szczęście, że mam ten koc, że stać mnie jeszcze na herbatę, że te moje cztery ściany są moje (choć tak naprawdę banku), w kaloryferze płynie ciepło, a w telefonie mam wciąż aktualne numery przyjaciół. I o tych ludziach myślę, których mijam co dzień na ulicy, a którzy tego nie mają, i choć nie będę ukrywać – nieraz mnie irytują, bo mało we mnie miłości, to jednak mam to głębokie przekonanie, że jest tylko sprawą dobrej Opatrzności, iż nie jestem pośród nich, na ulicy albo w przytułku. Tak się akurat podziało, nie ma w tym raczej mojej zasługi, bo cóż mnie istotowo od nich różni? Nic.

Spotkałam w tramwaju lumpa, bezdomnego. Wiozłam gitarę i to zwróciło jego uwagę, zaczepił mnie i zaczęliśmy rozmawiać. O muzyce najpierw, potem o życiu i Panu Bogu, bo znienacka spytał i o to. Trudna to była dla mnie rozmowa, muszę przyznać, po pierwsze bowiem w ogóle nie lubię być zaczepiana, mam jakiś chwilowy przesyt społeczeństwem, po drugie pan nie należał do umytych i pachnących, po trzecie wreszcie krzyczał chrypliwie na cały wagon, który w niespotykanej zwykle, krępującej ciszy przysłuchiwał się naszej wymianie zdań. A jednak weszłam w to. Opowiedział mi historię – ufam, że prawdziwą – o muzyce, która była jego żywiołem, i o wierze, którą traktował niegdyś serio (był nawet w seminarium). Tyle go ze mną łączy, odkryłam. I o alkoholu opowiedział, który wszystko zniszczył. – Niech pan śpiewa, prosiłam go trochę idiotycznie, bo uczepiłam się naiwnie myśli, że powrót do tego, co kiedyś kochał, mógłby mu jakoś ulżyć, przywrócić nadzieję. Ale śmiał się tylko ze mnie: nie ma pani pojęcia, jak to jest, nie da się wrócić do przeszłości, głosu już nie mam, serca do tego nie mam. – Zbliżał się mój przystanek, wiedziona impulsem podałam mu rękę na pożegnanie i zobaczyłam w jego oczach najpierw zdumienie, potem jakby obawę, dopiero po chwili wahania uścisnął ją serdecznie, tak iż ledwo zdążyłam wysiąść; zobaczyłam jeszcze, że macha mi przez okno z komicznym entuzjazmem. Cieszyłam się z tego spotkania, nie wiem, czy nie dało mi ono więcej niż jemu – ale ogromne niedowierzanie tego człowieka na widok wyciągniętej do niego ręki widzę do dziś. I nie daje mi ono spokoju.

Jakiś czas później rozmawialiśmy w gronie przyjaciół o miłosierdziu, pomocy potrzebującym. O tym, że nie można pomagać z piedestału, bo to tylko upokarza, ale trzeba najpierw spotkać się z człowiekiem; wyciągnąć tę rękę nie z góry, lecz z równego poziomu. Niby prawda, ale nie do końca, właściwie nie. Bo nie o to chodzi, żeby zejść z wyżyn na niższy poziom. Chodzi o to, bym sobie uświadomiła, że ja już jestem na tym niższym poziomie. Nigdy nie byłam wyżej. I może nawet to banalne doświadczenie jesiennego pokurczenia odsłania mi jakoś prawdę o mojej egzystencji, pozwalając przyjąć drugiego, który też może być w całości krzyczącą potrzebą. Może pod tym bardziej czy mniej metaforycznym kocem chować ciało, ale równie dobrze duszę przemarzniętą, skuloną. Nie wolno mi czuć się lepszą od niego, bo jestem tak samo słaba; wystarczy pierwszy lepszy listopad, żeby mnie złamać. Ciemna jesienna noc, która nie wiadomo, skąd i kiedy przyjdzie.

3 Komentarzy

  1. Agnieszka 20 listopada 2014

    Początek pobieżnie przeczytałam, jakoś nie bardzo mnie wciąga o człowieku kocu, natomiast od momentu „… spotkałam w tramwaju lumpa” – zaczęło się robić ciekawie i wciągnęłam się.
    Gdy dotarłam do momentu – ” wiedziona impulsem podałam mu rękę na pożegnanie …” – wzruszyłam się. Piękne ! W tym człowieku spotkałaś Chrystusa a On spotkał Go w Tobie. Serdecznie Cię pozdrawiam i podziękowania składam :)

    Odpowiedz
  2. Janette Ber 27 października 2014

    Kasiu – Dziękuję i pozdrawiam. Człowiek Koc z herbatą tysiąc kilometrów dalej.

    Odpowiedz
    1. Kasia Węglarczyk 27 października 2014

      Ludzie koce wszystkich krajów, łączcie się.

Dodaj komentarz