LOADING

Type to search

Chińska mozaika

16 maja 2018
Share

7000 kilometrów od rodzinnego domu chińskie siostry uczą się, jak pokazać swoim rodakom piękno Boga.

W oczach drobniutkiej, czarnowłosej siostry Jany nieustannie czai się uśmiech. Opiekująca się nią siostra Aleksandra twierdzi, że wiecznie roześmiana zakonnica idealnie realizuje charyzmat swojego zgromadzenia – Ducha Świętego Pocieszyciela. Sama zainteresowana nie zaprzecza, choć gdy słyszy, że chciałabym przeprowadzić z nią wywiad, nieco się peszy. – Z ja? – pyta ze zdumieniem. No tak – zawiłości polskiej gramatyki nadal jeszcze dają się jej we znaki. Jedenaście lat temu to właśnie nieznajomość języka wywoływała w niej największy lęk przed podróżą do Polski. Urodzona na chińskiej prowincji nie opuszczała nigdy swojego zgromadzenia, pracując jak wszystkie inne siostry, a w wolnych chwilach oddając się temu, co kochała najbardziej – malowaniu. Szybko okazało się, że oprócz pasji ma też ogromny talent, dlatego kiedy pojawiła się możliwość, aby chińskie zakonnice przyjechały do Polski uczyć się profesjonalnej sztuki, władze zgromadzenia bez wahania wskazały Janę. – W Chinach nie ma możliwości uczenia się sztuki religijnej, w kościołach brakuje wystroju czy paramentów liturgicznych. Dlatego przyjeżdżamy na naukę do Europy, a potem wracamy do ojczyzny i tam wykorzystujemy nabyte umiejętności – tłumaczy, prowadząc do swojej pracowni, w której półki uginają się od gotowych dzieł. Ostatnio najwięcej czasu pochłaniają jej mozaiki. Sama przygotowuje glinę i kolorowe szkliwo, z której po wypaleniu i pocięciu na malutkie kawałeczki powstają przepiękne wizerunki Jezusa czy Maryi.

– Pochodzę z katolickiej rodziny, mam trzech braci i siostrę, jestem najmłodsza – zaczyna swoją opowieść. – Kiedy miałam 6 lat, zmarł mój tata a opiekę nad nami przejął wujek, bo w Chinach kobieta zawsze musi mieć nad sobą jakiegoś mężczyznę. Wujek nie był katolikiem, ale pozwalał nam chodzić do kościoła. Kiedy miałam 14 lat, zapragnęłam wstąpić do zakonu. Niestety wiedziałam, że to raczej niemożliwe, bo chińskie zakony zorganizowane są nieco inaczej: wyżywienie zapewnia zgromadzenie, ale odzież i inne potrzeby osobiste musi zaspokajać rodzina. A mój najstarszy brat jasno powiedział, że jeśli wstąpię do zakonu, to on się mnie wyrzeknie i nie będzie mi pomagał… Wtedy na mojej drodze pojawił się pewien kleryk. Kiedy usłyszał o moich pragnieniach, zabrał mnie do swojego domu rodzinnego, gdzie zamieszkałam w zamian za opiekę nad jego chorą mamą. Dlatego do dziś mówię o nim brat – ksiądz. Tak więc mając 14 lat uciekłam z domu. Po trzech latach udało się spełnić marzenie i wstąpiłam do Zgromadzenia Sióstr Ducha Świętego Pocieszyciela.

Chiny są krajem znanym ze swojej wrogości do Kościoła katolickiego, a jednym z przejawów represji była likwidacja wszystkich zgromadzeń zakonnych, która miała miejsce podczas rewolucji kulturalnej. Siostry zostały rozproszone, musiały iść do pracy, założyć rodziny. Sytuacja zmieniła się dopiero po roku 1980, kiedy władze zezwoliły na powstanie lokalnych zgromadzeń, podlegających władzy miejscowych biskupów. Rozpoczęły się wtedy poszukiwania sióstr, które pamiętały jeszcze czasy sprzed delegalizacji, żeby jakoś odbudować życie zakonne. Ale te siostry to były już staruszki…

– Kiedy wstąpiłam do zgromadzenia, miałam 17 lat, a moja mistrzyni nowicjatu ponad 80 – wspomina Jana. – Było nam ciężko znaleźć wspólny język. Początki były bardzo trudne. Mieszkałyśmy w 28 osób w jednym pomieszczeniu. Nie dało się spać, bo co chwila ktoś wstawał, wychodził do toalety… W dzień pracy było bardzo dużo. Ale wiedziałam, że muszę to wytrzymać, bo do domu rodzinnego nie mam już powrotu. Chodziłam więc do kaplicy i opowiadałam o wszystkim Panu Jezusowi i Jego prosiłam o siłę.

Do dziś Chiny borykają się ze skutkami dawnych represji. Prawie pięćdziesiąt lat przerwy w działalności zakonów spowodowało lukę pokoleniową. Obecnie najstarsze siostry mają 50 – 55 lat i nie mają się od kogo uczyć zasad życia zakonnego, dlatego formacja psychologiczna i duchowa w zgromadzeniach jest bardzo słaba. Siostry starają się temu zaradzić, nawiązując współpracę z Kościołem w Europie. Od kilku lat przełożone chińskich zgromadzeń przyjeżdżają do Polski na kilkutygodniowe kursy, podczas których poznają duchowość i doświadczają żywotności naszego Kościoła. Udało się także sprowadzić grupę sióstr na dłuższą formację – kilka studiowało w Polsce teologię, inne – jak Jana – uczyły się rzemiosła artystycznego.

– Przyjechałyśmy do Polski w czwórkę. Katarzyna i Franciszka znały odrobinę angielskiego, ale okazało się, że to za mało, żeby się dogadać, na początku mówiłyśmy więc głównie rękami – dziś siostra Jana opowiada o tym wesoło, ale z początku nie było im do śmiechu. – W Polsce wszystko jest zupełnie inne. Najbardziej jedzenie… Choć było go dużo, to przez pierwsze miesiące w Polsce ciągle byłam głodna. Mogłam mieć pełny żołądek , a i tak czuć głód. Wszystko dlatego, że w Chinach do każdego posiłku podawana jest zupa: na śniadanie, obiad i kolację. I bez tej zupy czułam się, jakbym nic nie zjadła, bo chleb to było za mało. Ale powoli przyzwyczajałam się do Polski.

Problemem były także różnice kulturowe. Ot, chociażby sposób mówienia. – W Polsce ludzie zachowują się znacznie ciszej. W Chinach wszyscy mówią głośno, prawie krzyczą. Kiedy rozmawiałyśmy z siostrami po chińsku, wszyscy wokół myśleli, że wciąż się kłócimy. A u nas po prostu tak się rozmawia! Nie wiedziałyśmy, że to jest jakiś problem, ale kiedyś nawet w autobusie obca osoba zwróciła nam uwagę, że jesteśmy zbyt głośne – wspomina.

Przez trzy lata dwie chińskie zakonnice pilnie uczyły się malarstwa, wyrobu witraży, świec czy układania mozaiki. Potem wróciły do swojej ojczyzny, aby tam podjąć pracę w zgromadzeniu. Siostra Jana katechizowała, pomagała w parafii, prowadziła kręgi biblijne i spotkania ze studentami. W wolnych chwilach zamykała się w pracowni i tworzyła, tworzyła… Po pięciu latach wróciła do Polski, aby kontynuować naukę, którą niedawno ukończyła otrzymując dyplom artysty plastyka. Pytana o plany na przyszłość wskazuje palcem na niebo. – Wszystko zależy od tego, czy uda mi się dostać pozwolenie na pobyt w Polsce. Jeśli tak, zostanę tutaj przez jakiś czas. Mam tu co robić – od jakiegoś czasu rozkręcamy tzw. „chińskie msze” – a ja dzięki znajomości języka mogę docierać do mieszkających w Polsce rodaków i organizować te wydarzenia. Ale w Chinach też miałabym dużo pracy. Zostawiam to Panu Bogu – On wie najlepiej, gdzie jestem najbardziej potrzebna, a ja pójdę tam, gdzie mnie pośle!

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże.

Dodaj komentarz