LOADING

Type to search

Brat naszego Boga

Damian Jankowski 31 marca 2014
Share

Pamiętam wieczór 2 kwietnia 2005 roku, jakby to było wczoraj. Pamiętam przerwany na TVN serial i krótką informację: “Jan Paweł II nie żyje”. I chociaż wówczas miałem tylko 13 lat, dziś patrzę na tamto wydarzenie jak na pewnego rodzaju przełom w moim życiu.

Zdaję sobie sprawę, że o Janie Pawle II, zwłaszcza w Polsce, powiedziano i napisano już niemal wszystko. W zbiorowej pamięci wciąż funkcjonują Jego słowa, wciąż pamiętamy najbardziej wzniosłe wydarzenia z papieskich pielgrzymek. W ciągu kilku lat powstała cała masa książek, wspominających postać Papieża, świadczących o Jego świętości. O każdym z tematów kolejnych Dni Papieskich (np. “Papież rodziny”, “Obrońca godności człowieka”, “Wychowawca młodych”) można by napisać odrębny tekst. Zamiast snucia ogólnikowych refleksji, tym razem wolę skupić się na osobistym świadectwie.

jan

Jak w większości polskich domów, Jan Paweł II był i pozostał w mojej rodzinie postacią szczególnie bliską. Nie wynikało to tylko z przyzwyczajenia. Dom rodzinny mojej Mamy znajduje się nieopodal Wadowic, stąd miasto dzieciństwa Papieża jest mi znane odkąd sięgam pamięcią. Biskup Wojtyła był przez kilkanaście lat metropolitą diecezji krakowskiej, ziemi moich dziadków. Przyszły następca św. Piotra udzielił sakramentu bierzmowania zarówno mojej Babci, jak i Dziadkowi oraz Jego bratu (Dziadek był nawet – w myśl ówczesnych zwyczajów kościelnych – przepytywany przed przyjęciem sakramentu przez samego biskupa). Mama ukończyła to samo liceum, co Karol Wojtyła (podobnie jak większość krewnych z tamtych okolic). W rodzinie wciąż żywe są wspomnienia, jak to ówczesny biskup krakowski w drodze na pobliski szczyt zachodził do domu pradziadków, by napić się mleka. Zwieńczeniem związku mojej rodziny z Janem Pawłem II jest jeszcze jeden szczegół – rodzice poznali się właśnie podczas pielgrzymki młodzieży do Watykanu.

Powyżej przywołane elementy z naszego pejzażu rodzinnego pewnie nie robią aż takiego wrażenia. Ja sam w końcu nie urodziłem się już pod Wadowicami, a na Warmii. Niemniej, każdy, nawet najdrobniejszy związek z Papieżem powoduje moją radość. Jeśli o mnie chodzi, mogę się pochwalić jedynie tym, że studiuję ten sam kierunek, co Karol Wojtyła. I chyba na razie musi mi to wystarczyć.

Na samym początku stwierdziłem, że od dnia 2 kwietnia 2005 roku w moim życiu nastąpiła pewna zmiana. Nie chodzi o żadne radykalne nawrócenie czy zerwanie z nałogiem (jaki nałóg może niszczyć życie 13-latka?). Myślę raczej o pewnej zmianie nastawienia życiowego. Wcześniej przecież chodziłem do kościoła, byłem ministrantem, solidnym uczniem itd. Śmierć Jana Pawła II spowodowała refleksję: A może chodzi o coś więcej? Z czasem, stopniowo zacząłem odkrywać chrześcijaństwo rozumiane nie jako zbiór przyzwyczajeń czy nakazów, ale jako drogę do Boga i z Bogiem. Odkrywałem, że tylko dzięki Niemu życie warte jest, by je przeżyć.

Oczywiście, musiała nastąpić zmiana z emocjonalnego zachwycania się samą postacią Papieża w kierunku refleksji nad Jego myślą. I tak rozpocząłem zagłębiać się już nie tylko w urywki wystąpień, ale także w encykliki, papieskie listy (myślę tu przede wszystkim o liście “Salvifici Doloris“, traktującym o sensie ludzkiego cierpienia oraz o “Liście do młodych 1985”), książki, także – jako student polonistyki – w Jego poezję.

Gdybym miał wskazać jedną cechę pontyfikatu Jana Pawła II, która zrobiła na mnie największe wrażenie, byłaby to jego ufna odwaga. Gdy myślę o Nim, staje mi przed oczami człowiek, który zawierzył całkowicie Bogu i niczego już się nie obawiał. W świecie, który bał się wszystkiego i wszystkich, Papież potrafił stanąć na placu św. Piotra i wołać: “Nie lękajcie się! Otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi!”. W czasach, kiedy ludzie nie wiedzą, co jest dobre, a co złe, następca św. Piotra wskazywał na Chrystusa “bez którego nie można zrozumieć człowieka”. Tam, gdzie chrześcijaństwo spokojnie obumierało lub spało, zdawał się krzyczeć: “Wstańcie, chodźmy!”. Wreszcie, światu, który chce usunąć wszelkie cierpienie, pokazał samym sobą, że bez Krzyża nie można być uczniem Chrystusa. Czynił to wszystko, wiedząc, że jest “bardzo w Bożych rękach”.

Nigdy nie spotkałem osobiście Jana Pawła II. Być może byłem zbyt młody, być może nie należałem za Jego życia do tzw. pokolenia JP2 (ludzi, których młodość przypadała na Jego pontyfikat). Cieszę się z nadchodzącej kanonizacji. Ufam, że kiedyś będzie mi dane się z Nim spotkać. Mam przeczucie, że Tam nie będzie trudno Go odszukać (może to On mnie odszuka?). Jest teraz w końcu “bratem naszego Boga”; takim jak my, tylko trochę lepszym…

Leave a Reply