LOADING

Type to search

Boży szaleniec, którego ujęła Ewangelia. Opowieść o ks. Janie Ziei (1897-1991)

Damian Jankowski 15 grudnia 2014
Share

Gdy był już starcem, wyznał w jednym z wywiadów, że Ewangelia go wzięła i tak trzyma od dzieciństwa, a on niczego już więcej nie potrzebuje. Po przeczytaniu biblijnego zapisu życia Jezusa z Nazaretu uznał go za najpiękniejszą historię świata. Naukę swojego Mistrza całe życie starał się wcielać w życie radykalnie, choć jego radykalizm nie miał nic wspólnego z zamknięciem się na problemy świata.

 

Ks. Jan Zieja od dzieciństwa przejawiał zdolność do nauki. Wyświęcony na księdza w Sandomierzu, od pracy naukowej wolał jednak proste duszpasterstwo. W latach 20’ sprzeciwiał się pobieraniu ofiar za Msze święte, za co został przez biskupa usunięty z parafii. Do swojej diecezji przyjął go bp Zygmunt Łoziński, który podobnie jak on tęsknił do prostoty w prowadzeniu Kościoła. Zieja do śmierci biskupa organizował na Polesiu m.in. akcje Caritasu. Zaraz po II wojnie światowej udał się na tzw. ziemie odzyskane, by tam prowadzić opuszczoną przez Niemców parafię.

 

Zafascynowany ideałem św. Franciszka z Asyżu wstąpił do Ojców Kapucynów. Z zakonu odszedł po 3 miesiącach, po tym, jak zobaczył, że zakonnicy jedzą posiłki z innego garnka niż karmieni przez nich ubodzy.

Został chrześcijańskim pacyfistą po traumatycznych doświadczeniach, gdy jako kapelan-ochotnik biegał po polach Bitwy Warszawskiej. Nie lubił powyższego określenia, ale sam do końca swoich dni pozostał wierny skrystalizowanej wówczas zasadzie: Nie zabijaj nigdy nikogo. Gdy usłyszał o postawie Gandhiego, w pierwszym odruchu chciał wyruszyć do Indii, by się do niego przyłączyć. Mimo swoich przekonań został kapelanem Państwa Podziemnego. Choć sam umniejszał własne znaczenie w organizacji, to właśnie on odbierał przysięgę rotm. Pileckiego i chrzcił syna komendanta AK. To on wygłosił słynną homilię na pogrzebie Rudego i Alka, rozpoczynającą się od słów: „Śmierci nie ma!” (scena została uwieczniona w „Kamieniach na szaniec” A. Kamińskiego). Podczas Powstania Warszawskiego był kapelanem pułku „Baszta”.

zieja

Nigdy nie bał się mówić tego, co myśli. Następnego dnia po zatrzymaniu przez UB Prymasa Wyszyńskiego, jako jedyny ksiądz w stolicy odniósł się do tego wydarzenia podczas niedzielnego kazania, krytykując przy tym bierność Episkopatu. Za swoje wystąpienie musiał opuścić Warszawę na kilka miesięcy. W 35. rocznicę najazdu Armii Czerwonej na Polskę jako pierwszy podczas Mszy świętej dopominał się o prawdę historyczną (wówczas chodziło o Katyń) w relacjach polsko-rosyjskich. Tak odważnym wystąpieniem zyskał uznanie lewicującej opozycji demokratycznej. Widząc w jej działaczach chęć pomocy najsłabszym, zgodził się być jednym z duchowych współzałożycieli Komitetu Obrony Robotników. Tym razem jednak nie spotkały go żadne sankcje, ze względu na podeszły wiek. Do końca życia pozostał sympatykiem Solidarności.

W kręgach kościelnych uważany za Bożego szaleńca i utopistę, człowieka, którego trudno dopasować w określone ramy. Jego apel, by Watykan jednoznacznie uznał karę śmierci za czyn niemoralny i wezwał do rozbrojenia narodów, pozostał bez odpowiedzi. Cenił ks. Jerzego Popiełuszkę, choć radził mu, by więcej mówił do tych, którzy są w kościele, nie zaś o tych, których w nim akurat nie ma.

Miał zdolność do budowania przyjaźni z ludźmi spoza widzialnych granic Kościoła. Jak mówił, bardziej od nawracania żydów zależało mu, by to chrześcijanie nawrócili się na chrześcijaństwo. Zofia Kossak-Szczucka pisała o nim: “drabina, po której wspinaliśmy się ku Bogu”. Adam Michnik nazwał go empirycznym dowodem na istnienia Boga. Jerzy Zawieyski utrzymywał,  że to właśnie jemu zawdzięczał swoje nawrócenie. To ksiądz Zieja w latach okupacji przekonał młodego i załamanego byłego więźnia Auschwitz, Władysława Bartoszewskiego, by teraz to on sam pomagał bliźnim. Był jednym z nielicznych księży, których cenił Jacek Kuroń. Opozycjonista dzięki przyjaźni i listom Ziei, otrzymywanym podczas swojego internowania uwierzył, że jest chrześcijaninem (podobnie ksiądz wspierał innego działacza, Henryka Wujca).

 

Życie, obfitujące w tak wiele wydarzeń, że można by nimi obdarzyć kilka innych życiorysów, dobiegło końca 19 października 1991 roku. Na pogrzeb tego skromnego kapłana przybyła rzesza ludzi, na czele z prezydentem RP. Mszy przewodniczył ksiądz Prymas. Nie było jednak żadnych przemówień, jedynie modlitwa o jedność i zbawienie wszystkich ludzi. Taka była ostatnia wola tego, który marzył tylko o tym, by iść śladami Mistrza z Nazaretu.

Tags:
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

You Might also Like

1 Komentarzy

  1. Justyna Domagała 15 grudnia 2014

    Dzięki takim szaleńcom świat jest lepszy. Też bym chciała, żeby “Watykan jednoznacznie uznał karę śmierci za czyn niemoralny i wezwał do rozbrojenia narodów”.

    Odpowiedz

Leave a Reply