LOADING

Type to search

Share

Bóg stał się prawdziwym człowiekiem – wziął sobie do serca to, co leżało nam na wątrobie.

Zapukali, wsunęli do szufladki „katolik” i wcisnęli odpowiednią dla takich broszurkę, sami okazali się szczelnie odporni na jakąkolwiek ingerencję w swój światopogląd, uśmiechem pokryli właściwy każdemu ideologicznemu zombie brak miłości do rozmówcy, w końcu odeszli tacy jak przyszli: zaprogramowani, nieludzcy, z demonicznym rogalem na twarzy.

Nie tak z Bogiem, który stał się człowiekiem, nie tak. Zapukał, a kiedy otworzyła swoje serce i łono Maryja, przytulił się do Matki, a w Niej objął każdego człowieka, dla którego stał się bratem, i to o tyle młodszym, że właśnie od niego nauczył się być człowiekiem. Rozgościł się na mało gościnnej ziemi, a przez ostatnie trzy lata wędrował z miejsca na miejsce, głosząc porywające kazania, odpoczywając u przyjaciół grzeszników, rozmawiając, jedząc i pijąc, tak że nawet nazywano go żarłokiem i pijakiem, co oczywiście o tyle oderwane jest od rzeczywistości, o ile pomówienia wypaczają prawdę, na której się opierają; w tym wypadku faktem jest radość z przebywania z tymi, dla których przyszedł – pod warunkiem, że nie byli to ówcześni uczeni w Piśmie, przodkowie między innymi tych rozdających broszurki kontrolerów pobożności innych, dla których nie miał „uśmiechu stewardessy”, ale słowa-bicze.

Nie nagabywał i nie kierowała nim kompulsywna pobożność, jaką nieraz można zaobserwować u współczesnych chrześcijan, którzy ewangelizację sprowadzają do akwizycji; nie szedł po trupach do celu, jak czynią to ideolodzy – jeśli już, to raczej po swoim „trupie” oczekiwał wykonania misji, która zresztą – i w tym jest prawdziwie Dobra Nowina – nie legła w gruzach kości w grobie, ale zakończyła się zwycięstwem nad śmiercią, czego znakiem zmartwychwstanie, a potem wniebowstąpienie. Jak wcześniej Bóg zapukał do człowieka (płci żeńskiej), a ten Mu otworzył, tak teraz Syn (płci męskiej), który stał się człowiekiem, zapukał do Ojca (Bóg nie ma płci), a Ojciec otworzył Mu niebo, do którego Chrystus wszedł niejako „na własnych nogach”, skoro znalazł się tam razem z ciałem.

W tym jednym przypadku – w Jego przyjściu do nas – przysłowie „Gość w dom, Bóg w dom” okazało się co do joty prawdziwe. Inni goście w domu – jeno bożkowie jacyś, zbyt mało ludzcy jak na Boga; Ten – z krwi i kości człowiek w domu – to prawdziwy Bóg zarazem. Chrystus – co już samo w sobie zasługuje na szacunek – na tyle uszanował wolność człowieka, że z Gospodarza stał się Gościem, choć – i cały paradoks chrześcijański na tym polega – nie przestał być Gospodarzem. A mimo że wrócił do Boga, nie pozostawił nas, jak sam zapowiedział, sierotami – pozostał z nami w Kościele, zwłaszcza w sakramentach, tylko że teraz zmieniły się warunki wspólnego „biesiadowania” – w uczcie eucharystycznej to On jest Gospodarzem, a my gośćmi. Takie są warunki składania rewizyty.

Gość gościowi nierówny: jeden tylko gada, ale nie słucha, drugi słucha, ale nie słyszy, trzeci niby słyszy, ale zaraz po wyjściu zapomina o tym, co usłyszał. Ale tylko ten jeden okazał się nie mieć sobie równych: powiedział, co wiedział i dał, co miał swojego, wziął to, co było do wzięcia od nas i wysłuchał tego, co leżało nam pod sercem, czyli na wątrobie, tak że nie dziwi żółta cera Ukrzyżowanego. Spotkanie przemieniło i Jego, i nas – jeśli w Sèvres pod Paryżem miałby się znaleźć wzorzec dialogu, to tylko ten prowadzony przez Boga z człowiekiem (niebiański wzorzec dialogu znajduje się w Trójcy), skutkiem którego obie strony pozostają sobą, a stają się drugim. Dlatego Bóg w niebie ma i serce, i wątrobę, i właśnie jedynie dzięki wcieleniu Jego Syna, jak można się domyślać w Duchu Świętym, możemy mówić, że ma również prawicę, po której zasiada właśnie Chrystus – Bogoczłowiek. A jeśli On już – to kiedyś i my, bo taki jest sens Wcielenia widzianego w całej rozciągłości wydarzeń: od położenia się najpierw w kołysce, a potem w grobie, przez pobudkę i wejście Zmartwychwstałego do nieba, aż po zajęcie miejsca przy Ojcu.

Jeśli Bóg z nieba mógł się stać mieszkańcem ziemi, to ziemskość musiał przyjąć od ziemian. Na tym właśnie polega tajemnica Matki Boga, że Słowo Boże „przyjęło do swego wnętrza coś innego – ziemię”, dlatego do nieba wróciło „nowe, zespolone już z ziemią całej ludzkości” (J. Ratzinger). Ziemia i ziemianie już są w niebie z niebianami, choć na razie w sposób ukryty, przez wiarę, w Chrystusie. Ten, przed którym nie zatrzaśnięto drzwi, wyszedł w końcu, ale zostawił za sobą otwartą jak koperta z zaproszeniem bramę do nieba; On sam – Bóg i człowiek w jednej Osobie – jest tą Bramą, nic tylko wejść przez nią. Choć był Bogiem już wcześniej, to teraz Chrystus – przez wniebowstąpienie – staje się Bogiem „w ciele”. Nie ma więc już „Boga samego”, jest za to „Bóg z nami”, „Bóg z człowiekiem”. Kiedy myślisz „Bóg”, pomyśl „Bóg-człowiek”, wszystko inne to deizm, nawet jeśli „chrześcijański”, to zawsze wywołujący rogal na ustach bezcielesnego diabła, przeciwnika Boga, a zatem człowieka (i vice versa).

„Przecież nie wpuszczę do domu kociarzy/ bo mi się w życiu kotlet nie usmaży” – zwierzał się z tego, co mu leżało na wątrobie bohater jednego z utworów zespołu „Świetliki”. Nie o kotlet jednak rzecz idzie, ale o to, że kociarze odeszli tacy, jak przyszli – a więc nieludzcy. Chrystus wychodzący z nieba różni się od wracającego właśnie swoim człowieczeństwem. Kto wie, może smaży tam dla nas kotlety? (Coś musi być na rzeczy, skoro po zmartwychwstaniu, a przed wniebowstąpieniem, przez czterdzieści dni jadał i pijał z uczniami). Serce się raduje (i Boga, i człowieka) na samą myśl, nawet jeśli rozum nie nadąża w tłumaczeniu sobie, skąd w pokojowo i ekologicznie nastawionym niebie mięso na kotlety.

A jednak! – znad niezbawionej wątroby niektórych unosi się coś jakby zaprogramowany syk: przecież nie wpuszczę do domu Boga, bo mi się wątróbka doczesności przysmaży…

Sławomir Zatwardnicki

Tags:
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

You Might also Like

Dodaj komentarz