LOADING

Type to search

Będzie konspiracja – o stanie wojennym, działalności opozycyjnej oczami ojca i córki

Magdalena Pawlica 13 maja 2019
Share

MAGDALENA PAWLICA: Tato, zanim opowiesz o swojej działalności w stanie wojennym, wyjaśnij, jak doszło do próby siłowego zniszczenia „Solidarności” – związku zawodowego, do którego należało 10 milionów osób. Przecież to była realna siła, która mogła zmienić rzeczywistość w naszej ojczyźnie.

CZESŁAW PIOTR STAŃCZYK: Twoja prośba przypomina mi podobne pytanie, jakie zadała mi młoda dziennikarka amerykańska. Czekaliśmy na rozpoczęcie konferencji prasowej, a tu miałem w krótkich słowach wyjaśnić skomplikowane sprawy. Na dodatek trzeba było naszkicować historię po II Wojnie Światowej.

Co jej powiedziałeś?

Wyobraź sobie kraj, który wydobył się z niebytu po 123 latach rozbiorów. Prawie natychmiast próbuje go zająć jeden z zaborców. Nie udaje mu się to, dzięki ogromnemu wysiłkowi militarnemu polskiej armii. Polacy mogą cieszyć się wolnością jedynie 21 lat. Ów zaborca – Rosja Sowiecka – ponawia próbę dogadując się z drugim zaborcą – Niemcami i obaj w 1939 r. likwidują Polskę z map Europy. Obaj wprowadzają terror. Po 2 latach kończy się ich współpraca – Niemcy napadają na ZSRS. Ostatecznie Wojnę wygrywają Sowieci i ich alianci zachodni. Nasz kraj zajmuje Armia Czerwona; wyjdzie dopiero po prawie 50 latach. Rosjanie po 1945 r. instalują tu władze komunistów od nich we wszystkim zależne. Praktycznie kraj znów jest pod ich rządami. Terror trwa dalej. Aresztowania, wyroki śmierci, zsyłki na Sybir dla żołnierzy Armii Krajowej, potem „Żołnierzy Wyklętych”, także rozbijanie Kościoła katolickiego.

Zapanował pewnie strach wśród ludzi. Nie myśleli o jakimś oporze?

Tak. Choć byli też tacy, którzy korzystali z nowego „porządku”. Zyskiwali awans społeczny, przejmowali majątek odebrany poprzednim właścicielom. To z nich wywodził się aparat partyjny, milicja i agenci Urzędu Bezpieczeństwa. Większość starała się po prostu przeżyć. W 1956 roku, po śmierci Stalina, terror nieco zelżał i okazało się, że sprzeciw wobec władzy ciągle mimo wszystko jest obecny w sercach Polaków. Nie myślano już o zbrojnej walce, ale o możliwości jakiegoś wpływu na rządzących. Władze nauczyły się rozmywania tego oporu. Swoją umiejętność wykorzystały w 1968 r., kiedy aresztowały przywódców strajków studenckich; w 1970 r. oraz w 1976 r., gdy zrobiły to samo z przywódcami strajków robotniczych i jednocześnie cofnęły podwyżki cen żywności.

Pewnie warto by tu wspomnieć o opozycji, jaka się pojawiła w drugiej połowie lat siedemdziesiątych.

Gospodarka PRL-owska znalazła się w kryzysie. Wprowadzono kartki na cukier. Kartki – wynalazek czasu wojny, pojawił się ponad 30 lat po jej zakończeniu! Władze potrzebowały nowych kredytów i dlatego w 1977 roku podpisały Międzynarodowe Pakty Praw Człowieka i Obywatela, w których zobowiązywały się do przestrzegania wolności dla przeciwników politycznych. Powstały m.in: Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela, Komitet Obrony Robotników. Każdy z ruchów wydawał podziemną prasę i książki. Organizowano także niezależne związki zawodowe. Zaczął działać „Uniwersytet Latający”. Komuniści nie chcieli jawnie przeciwstawiać się tym inicjatywom. Robili rewizje, rekwirowali maszyny i wydruki, zamykali na 48 godzin; działaczy czasem bili „nieznani sprawcy”.

A jak było w 1980 r.?

Zupełnie inaczej. Strajki rozlały się na całą Polskę. Dzięki m.in. Annie Walentynowicz udało się kontynuować protest w Stoczni Gdańskiej, a długie rozmowy z delegacją rządową przyniosło zgodę komunistów na Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”, z czasem taki związek wywojowali rolnicy, a studenci – Niezależne Zrzeszenie Studentów. Dużą rolę odegrali działacze opozycyjni i podziemna poligrafia. Sam drukowałem „Robotnika”, w którym informowano o wydarzeniach w Stoczni Gdańskiej. Euforia i radość z tego, że wreszcie decydujemy o swoim losie, były powszechne. Gazetki związkowe nie przechodziły przez cenzurę i wydawane były w wielu zakładach i regionach. Książki „drugiego obiegu” można było nabyć bez większych problemów. Legalnie wychodził ogólnokrajowy „Tygodnik Solidarność” i to w nakładzie 500 tysięcy egzemplarzy.

Dlaczego więc skończyło się to stanem wojennym?

Dziś już znane są dokumenty wskazujące na zamysł władz, by w sprzyjającym czasie zdusić „Solidarność”. W sklepach można było kupić coraz mniej towarów. Miało to stworzyć wrażenie, że tak się dzieje przez NSZZ ”Solidarność”. Obserwowałem jak komuniści podpisywali liczne tzw. umowy branżowe, po czym niczego z nich nie realizowali. Wszystko po to, by umacniało się wrażenie chaosu i biedy, a celem było by ludzie zatęsknili za powrotem do starego „porządku”.

Nadszedł 13 grudnia 1981 r. Co się stało w wyniku wprowadzenia stanu wojennego? Dlaczego reżim komunistyczny uciekł się do tego pomysłu?

Po prostu obawiał się utraty władzy. Co się stało w stanie wojennym? Na ulice wyprowadzono czołgi i liczne patrole wojskowe. Chodziło o przestraszenie ludzi. Internowano ponad 10 tysięcy działaczy „Solidarności”, zakazano działalności związków zawodowych; nie wolno było organizować strajków i demonstracji. Wstrzymano wydawanie gazet i zamknięto granice państwa. Wyłączono telefony, a gdy je włączono, jawnie kontrolowano treść rozmów. Obowiązywała godzina milicyjna.

Czy ludzie bez sprzeciwu przyjęli stan wojenny?

Komuniści nagle zabrali wolność i dlatego wielu powiedziało: „Nie!”. Strajki w zakładach jednak wybuchały, więc je pacyfikowano przy pomocy wojska, także strzelając do ludzi, jak np. w Kopalni „Wujek”. Przyjmuje się, że w stanie wojennym zabitych zostało 56-100 osób. Przed 1980 rokiem konspirowałem i mogłem liczyć na współpracę niektórych. Po 13 grudnia mnóstwo ludzi zaangażowało się w zbieranie pieniędzy na podziemną działalność związkową, uczestniczyło w demonstracjach, kolportowało ulotki i gazetki. Skok ilościowy był ogromny.

Co się działo w Twoim życiu po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku?

Zdelegalizowano Związek Zawodowy Solidarność, przestał wychodzić Tygodnik Solidarność, w którym pracowałem, więc straciłem pracę, ale dzięki temu miałem czas na konspirowanie. Moja teściowa spytała mnie przed Świętami Bożego Narodzenia: „Co teraz będzie, Piotrze?”. Odpowiedziałem: „Jak to? Będzie konspiracja…”. To było dla mnie oczywiste, konspirowałem przed 31 sierpnia 1980 roku i po 13 grudnia nie pozostawało mi nic innego, jak wrócić do „knucia”. Wiązało się z tym, większe niż wcześniej, zagrożenie. Komunistyczne władze, ogłaszając stan wojenny, groziły wieloletnim więzieniem osobom przeciwstawiającym się wprowadzonym na siłę „porządkom”. Mało co nie wpadłem pod siedzibą warszawskiej Solidarności, gdzie gromadzili się ludzie, zaniepokojeni jawną przemocą. Na szczęście w porę ktoś mnie ostrzegł.

Potem się ukrywałeś?

Tak. W Tygodniku Solidarność zostały różne rzeczy, m.in. kserograf. Zorganizowałem wywiezienie kserografu z Tygodnika. Chciałem go wykorzystać do sporządzania ulotek. Ewakuacji maszyny dokonaliśmy absolutnie bezczelnie, przenosząc maszynę piwnicą do następnej klatki schodowej. Kierowca redakcyjnego samochodu zawiózł ksero do kryjówki. Po drodze mijaliśmy liczne patrole wojskowe. Obawiałem się, że ktoś o tym doniesie i dlatego postanowiłem się ukryć.

Jak wyglądało Twoje ukrywanie się?

Ukrywałem się przez kilka dni. Chciałem się zorientować, czy ubecja mnie szuka. I tutaj była przedziwna historia. Moja żona przyszła do mieszkania mojego kolegi, żeby dowiedzieć się, co u mnie. A ja akurat tzw. przypadkiem też tam przyszedłem. Chwilę po niej. Żona odwróciła się, zobaczyła, że wchodzi jakiś facet. Ja, żeby się zamaskować, zgoliłem brodę i ona nie zareagowała w ogóle na mój widok. Dopiero, jak się odezwałem, to mnie rozpoznała.

Ja też pamiętam, jak wtedy dziwnie wyglądałeś i że też Cię za pierwszym razem nie poznałam.

Ale ponieważ po zgoleniu brody okazało się, że mam dwa podbródki, to ponownie ją zapuściłem… (śmiech)

Czy po wprowadzeniu stanu wojennego trzeba było się pozbyć z domu wielu różnych „trefnych” rzeczy?

Tak, mimo legalnej Solidarności i pracy w Tygodniku Solidarność, w domu składaliśmy różne książki. Jedną z nich był „Kurier z Warszawy” Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Właściwie był już prawie złożony, ale brakowało kilku fragmentów książki. Straciłem kontakt z człowiekiem, który był pośrednikiem i trzeba było w związku z tym wywieźć ją z domu, żeby mieszkanie nie było zagrożone.

fot. Piotr Stańczyk

Jak to wyglądało?

Była zima, w związku z tym zapakowaliśmy zadrukowany papier w paczki i sankami rozwoziliśmy po ursynowskich śmietnikach, a na sankach siedziałaś ty, jako dwuletnia konspiratorka. Z ciężkim sercem to robiliśmy, bo książka była naprawdę wspaniała.

Wiem, że mama bardzo w tamtych czasach bała się o mnie, że przyjdzie milicja, Ciebie nie było, bo się ukrywałeś… Mamę mogliby aresztować i co wtedy byłoby ze mną? Co się działo w takich sytuacjach z dziećmi?

Mama miała powody do zdenerwowania. Często w takich sytuacjach zabierali dzieci do domu dziecka… Dla mojej żony to były bardzo trudne przeżycia.

fot. Piotr Stańczyk

Jak konspirowałeś po wprowadzeniu stanu wojennego?

Wszystko zaczęło się od ulotek, które przygotowywałem z Janem Strękowskim, znanym mi jeszcze ze studiów. Rozwoziłem je po mieście samochodem Tygodnika Solidarność. To było zupełne wariactwo, ale o dziwo, nikt nas nie zakapował. Uznaliśmy, że ulotki to trochę mało, że warto by zrobić coś więcej – więc założyliśmy Tygodnik Wojenny. Do tego potrzebna była cała redakcja. Spotykaliśmy się w mieszkaniu prywatnym, przygotowywaliśmy matryce na maszynie do pisania, wyklejało się matryce, potem się je fotografowało i to szło do druku. Pamiętam, jak na początku stycznia 1982 r. niosłem pierwszy numer Tygodnika. Odebrałem go od drukarza przy ulicy Puławskiej w dużej torbie, na wierzchu były jakieś stare szmaty. Miałem to zanieść do miejsca głównego kolportażu. Po drodze mijałem patrole zomowców. Oni na mnie patrzyli, ja na nich… i jakoś przeszedłem. Druk był na początku bardzo nieczytelny, ale ważne, że zaczęliśmy wydawać naszą gazetę. Potem ukazało się aż 105 numerów Tygodnika, w średnim nakładzie 40 tysięcy egzemplarzy. Pismo ukazywało się do 1985 roku. Kawał czasu!

Jak to było z noszeniem „trefnego towaru” po mieście? Pamiętam, że mówiłeś, że była jakaś akcja z plecakami?

Tak, podziemie Solidarności zaapelowało, żeby jak najwięcej ludzi nosiło plecaki. Dzięki temu ci, którzy w tych plecakach nosili bibułę (czyli nielegalnie drukowane książki, gazetki) – mogli się ukryć w tej masie plecakowców. Rzeczywiście sporo ludzi je nosiło.

Chciałabym, żebyśmy opowiedzieli teraz o takim wydarzeniu z mojego dzieciństwa, które bardzo zapadło mi w pamięć. Byliśmy w wakacje nad morzem i spacerowaliśmy po lesie…

To jest trudne dla Ciebie, czy trochę jesteś z tego dumna?

Trochę jestem dumna, że coś takiego przeżyłam, ale jak się komuś opowiada, to to jest niesamowite…

W kilka osób z „Tygodnika Solidarność” wykupiliśmy wczasy w Darłówku nad morzem, nie wiedząc, że w tej miejscowości będą przetrzymywani internowani. Nie wiedzieliśmy też, że będzie tam więziony nasz szef, redaktor naczelny, Tadeusz Mazowiecki.

Te miejsca, zwane „internatami” były objęte tajemnicą, nie wiadomo, gdzie dokładnie przebywały osoby internowane?

Tak, choć trochę się to rozchodziło, ale my wcześniej o tym nie wiedzieliśmy. Komuniści chcieli podzielić Związek, dlatego działaczy, wywodzących się z inteligencji, internowali w ośrodkach wczasowych, a oddzielnie robotników w bardzo ciężkich miejscach odosobnienia. Następnego dnia po przyjeździe do Darłówka wybraliśmy się na spacer, a już wtedy wiedzieliśmy, że gdzieś w tej okolicy znajduje się „internat”. Zbliżyliśmy się od tyłu tego budynku i nagle znaleźliśmy się przy wejściu. Zobaczyliśmy przerażone miny ubeków, pilnujących obiektu. Mogli pomyśleć, że tą ekipą chcieliśmy np. odbić internowanych. Postawili nas pod ścianą, kazali podnieść ręce, zrewidowali…

Pamiętam do dziś tę sytuację, choć miałam wtedy 3 lata… Wycelowali w nas karabiny i tak długo trzymali nas pod tą ścianą…

Zabrali mi aparat, bo chcieli zobaczyć, czy miałem jakąś misję szpiegowską. W każdym razie potem przewieziono nas na komendę i wypuszczono. Ale wtedy po raz pierwszy miałaś „okazję” przejechać się samochodem milicyjnym.

i ostatni (śmiech)

Ja też nie miałem potem już tej przyjemności.

Ale potem nas śledzili i chodzili za nami po plażach?

Tak, było dwóch takich ubeków, którzy za nami chodzili i kładli się na kocach obok nas na plaży, zaraz po tym, jak na nią przychodziliśmy. Kiedy już się posmarowali przed opalaniem, to był ten moment, kiedy należało się czym prędzej zbierać, otrzepując na nich piasek z koców. Wtedy sami przenosiliśmy się w inne miejsce.

W każdym razie oni byli do rozpoznania – dwóch smutnych panów?

No tak. Skoro ciągle te same twarze, to nie mogło być przypadkowe. Trochę było mi ich żal, bo pewnie chcieli się trochę poopalać, a my im w tym przeszkadzaliśmy. Przeczytałem gdzieś, że w Stanie Wojennym było najwięcej agentów po 1945 r.

Czyli, że strasznie dużo osób wciągnięto do współpracy i że ciężko było rozpoznać, kto jest kto, kto jest agentem? Do dzisiaj nie wiesz, nie jesteś pewien, co do niektórych osób?

Tak, miałem możliwość spojrzenia w swoje papiery i nie wszystkich agentów jestem w stanie rozszyfrować. Ale z drugiej strony tam, gdzie Służba Bezpieczeństwa nie miała swojego człowieka – tam była ślepa i głucha i nie wiedziała, gdzie jest redakcja i kto drukuje…

Posługiwaliście się pseudonimami, może dlatego ciężko Was było namierzyć…

Tak, ja byłem „Michał”, a potem po latach okazało się, że mówili na mnie też „Bigos” (śmiech). Były pseudonimy, nie wolno było zapisywać adresów, trzeba było ich się nauczyć na pamięć. Mieliśmy takiego kolegę z kolportażu, który zapisywał adresy na małych kartkach papieru i wkładał w skarpetki.

I nosił je cały czas w skarpetkach? (śmiech) Ale przy jakiejś rewizji…

I jak przychodził czasem do nas i zastanawiał się, pod jaki adres ma iść, to je wyjmował i czasem miał dużą trudność, żeby adresy odczytać (śmiech).

Pamiętam, jak na początku pytałam, co robicie… Nie rozumiałam, bo mi nie mówiliście.

To mogło być dosyć trudne dla Ciebie, bo z jednej strony dziecko nie potrafi milczeć, ma taką naturalną ufność i szczerość. W związku z tym na początku mówiliśmy Tobie, że się bawimy… czemu Ty się dziwiłaś. Ale kiedyś zauważyliśmy, że masz już swoją mądrość, więc Cię we wszystko z grubsza wtajemniczyliśmy. Pytałaś, co za to grozi.

Pamiętam, jak co jakiś czas pytałam, co by było, gdyby nas teraz złapali…

Widocznie jednak się bałaś. Podziwiałem Twoją dyskrecję. Nic nikomu nie powiedziałaś. Trzeba było być dyskretnym też wobec osób z rodziny. My też drukowaliśmy w domu, w kuchni. Kiedyś przyjechała twoja babcia, a moja teściowa i przyjęliśmy ją w pokoju, a w kuchni było wszystko rozłożone. Dostała obiad, chciała potem odstawić naczynia do kuchni, ale absolutnie jej na to nie pozwoliliśmy. Do końca swojego życia nie wiedziała, że wtedy drukowaliśmy w mieszkaniu. Moja mama się zorientowała. Nie wiem jak. 

Co groziło za taką działalność w tamtych czasach?

Wywalenie z pracy, więzienie, pobicie, konfiskata samochodu, jeśli ktoś przewoził coś nielegalnego samochodem. Było więc sporo sposobów nacisku i każdy z nas potrzebował dokonać rachunku, czy jest gotów na to się narażać.

Jak wyglądała konspiracja, jak to wszystko było zorganizowane, jak się porozumiewaliście?

Po pierwsze nie było w tamtych czasach komórek, telefony w czasie stanu wojennego nie działały, nie można było np. wezwać Pogotowia Ratunkowego (i z tego powodu zmarło wiele osób). Kontakty między ludźmi zostało zerwane, więc trzeba było po prostu jeździć, odwiedzić człowieka, którego adres się znało, innego sposobu nie było, można było umawiać się gdzieś na mieście.

Pamiętam, że ze mną chodziłeś w różne miejsca…

Robiłaś za dobre maskowanie. Tatuś z córeczką na mieście – to może nie ma jakichś opozycyjnych zamiarów.

Pamiętam np. spotkania na placu zabaw. Czy byłeś w jakimś momencie szczególnie zagrożony aresztowaniem?

Raz mi się zdarzyło otrzeć o ogromne niebezpieczeństwo. Znalazłem się w ekipie, która od emerytowanego mechanika miała się nauczyć napraw i pracy na dużej maszynie offsetowej. Wyjechaliśmy wszyscy pod Warszawę, dokąd ją przewieziono. Przyglądaliśmy się, jak fachowiec remontuje maszynę. Kolejnego dnia zabrakło kilku elementów i fachowiec pojechał ich szukać do Warszawy. Wyjeżdżając zapowiedział dwudniową przerwę. Pomyślałem sobie – po co mam tutaj siedzieć; pojadę do rodzinki. Tak samo zrobił jeszcze jeden kolega. Po tych dwóch dniach wracam i co widzę – w oknie pojawia się ów fachowiec i wykonuje dziwny ruch ręką. Nie wiem, czy odpędza się od much lub komarów. Idę dalej w kierunku furtki. Wychodzi gospodarz, nachyla się do swojego samochodu i też jakby mnie ręką odpędzał. Już wtedy się zorientowałem, że jest wpadka. Rozejrzałem się: nieopodal stał samochód, a w nim czterech smutnych panów… Trzeba było stamtąd uciekać, jak najprędzej, polami, bezdrożami. Zwiewałem, a oni za mną. Miałem pomysł, żeby dotrzeć do Warszawy i czym prędzej zawiadomić szefa NOW-ej, czyli wydawnictwa, dla którego mieliśmy pracować. On znał namiary na kolegę, który, tak jak ja, wyjechał do stolicy i mógł go ostrzec. Ci ludzie, którzy tam wtedy wpadli, poszli siedzieć…

Uratowała Cię wtedy tęsknota za żoną?

Tak, i za córką (śmiech)

Jak to było w konspiracji, czy każdy każdego znał, wszystkich współpracowników?

Nie, tak nie było, nie znałem ludzi z kolportażu.

Czyli tych, którzy roznosili wydrukowane egzemplarze ulotek czy książek do ludzi?

Tak, był główny kolportaż i potem to szło dalej. A więc absolutnie nie wolno było ich znać, ani oni nie mogli znać ludzi z redakcji czy drukujących. Im mniej się wiedziało, tym lepiej. W razie aresztowania nie wydobyliby informacji na ten temat. Ja znałem kilka osób ze ścisłej redakcji, znałem też drukarzy, bo nimi kierowałem. Znałem też jednego człowieka, który robił mi klisze – kilka lat temu okazało się, że to był agent, nie wiedziałem o tym wtedy. Ale na szczęście nie udało mu się wtedy nic złego zrobić, chociaż pewnie bardzo się starał.

Pamiętam, że w naszym domu wszędzie pochowane były różne gazetki, książki, jak to wyglądało?

Przede wszystkim nie wolno było zostawiać tego wszystkiego na wierzchu. Ktokolwiek by przyszedł, nie mógł się zorientować, że tu się coś składa. A jak składaliśmy lub drukowaliśmy książki, to było to naprawdę widoczne. Jak się kończyło pracę, to trzeba to było wszystko rozłożyć, schować do łóżka, za telewizor, na balkon, do piwnicy, wszędzie…

Pamiętam, jak w korytarzu pod dywanem leżały gazetki, chodziło się po nich…

Staraliśmy się być pomysłowi…

Chociaż na pewno, jakby z rewizją przyszli…

To by się wpadło, nie da się ukryć. Kiedyś drukowałem u starszego pana, który był w młodości harcerzem i zostały mu harcerskie nawyki i on podchodził do sprawy metodycznie. Jak kończyliśmy drukowanie, to elementy sprzętu do drukowania roznosił we wszystkie zakamarki domu. Byłem przerażony, czy uda się to potem poskładać, odnaleźć, ale udawało mu się. Gdyby była rewizja, to na pewno wszystkich elementów u niego by nie znaleźli.

Czy wzorowaliście się na konspiracji jeszcze z czasów II wojny?

Myśmy się naczytali o konspiracji wojennej. Mieliśmy też pomysł, żeby wydać broszurę Aleksandra Kamińskiego o konspiracji, ale było w niej za dużo odniesień do realiów wojennych, dotyczących działań hitlerowców. Ale pomysł był i to przypomnienie w nas było. Zdarzały się też osoby, które działały w konspiracji w czasie wojny w młodości, a potem wracały do konspiracji już tej z lat 80. Dalej to robiły, może czuły się młodo, dalej były potrzebne krajowi, mogły coś robić dla Ojczyzny…

Można popytać rodziców, dziadków, czy coś knuli w tamtych czasach… Myślę, że często młodzież nie zdaje sobie sprawy, że tak niedawno jeszcze ta konspiracja działała…

Ważne, żeby osoby, które działały w konspiracji solidarnościowej – spotkały się z zainteresowaniem. Zbierałem informacje o ludziach, którzy działali w podziemiu – dla Ośrodka Karta. Dzwoniłem do nich, a oni mówili: „Po co? O tym już nikt nie pamięta, nie chce słuchać…”. Pamiętam, jak tydzień po tygodniu ochota dzielenia się swoimi przeżyciami wzrastała w tych ludziach. Warto być ciekawym…

A demonstracje, które odbywały się m.in. z okazji 3 maja… Były oficjalne pochody 1 maja…

Wtedy 3 maja nie był oficjalnym świętem i tego dnia ludzie podziemia sobie odbijali te oficjalne obchody pierwszomajowe. Oczywiście ZOMO szalało, lali wodę, rzucali gazami, pałowali, ganiali…

Wszystkich po kolei, nie bacząc, czy kobieta, czy dziecko?

Tak, pamiętam taką historię. Dwóch milicjantów dorwało się na ulicy do niepełnosprawnego człowieka, po chorobie Heinego-Medina, chcieli go pewnie aresztować. On się przyczepił do saturatora (urządzenie robiące wodę gazowaną), a oni nie byli w stanie go oderwać. Przyleciały dwie kobitki, zrobiły taki jazgot, broniły go, że faceci nie wytrzymali i zrezygnowali (śmiech).

Te demonstracje odbywały się głównie na Żoliborzu, po Mszach za Ojczyznę?

Tak, strasznie dużo osób przychodziło na te Msze, to był pomysł ks. Popiełuszki, było dużo śpiewów, z podniesionymi krzyżami. Kiedyś przyjechało do nas małżeństwo Szwedów i bardzo chcieli pojechać na taką Mszę. Nic nie rozumieli, ale czuli atmosferę, bardzo byli nią poruszeni. Ks. Popiełuszko został potem porwany i zabity. I była Msza pogrzebowa, jego ciało złożono na terenie kościoła. Po pogrzebie ogromny tłum ludzi poszedł w kierunku centrum. Też byliśmy tam wtedy. Został mi taki obraz w pamięci. Już w centrum wisiała reklama filmu, który był wtedy wyświetlany w kinach, o tytule „Diabły w Warszawie”. Na tle tego tytułu pojawiło się ZOMO i sikawki – polewaczki z wodą. Próbowałem zrobić zdjęcie, ale niestety nie wyszło… Fotka byłaby niesamowita.

Ja też chodziłam z Wami na te demonstracje, pamiętam, jak to wyglądało… Pamiętam też, jak potem w szkole trzeba było malować pochody pierwszomajowe…

No właśnie, jak miałaś 6 lat, przyszłaś smutna do domu. „Co się stało, Magdusiu?” „A bo tylko mojego rysunku pani nie powiesiła…”. Zaczęliśmy drążyć, co narysowałaś. Okazało się, że miałaś narysować pochód pierwszomajowy i narysowałaś taki, jaki znałaś, Solidarnościowy…

Na pochody nie chodziłam, tylko na demonstracje…

Namalowałaś naszą rodzinkę ze sztandarem Solidarności. Zrozumieliśmy, dlaczego pani nie powiesiła rysunku, trochę trzeba ją było wytłumaczyć, bo sympatyczna była… Nasza lodówka zaczęła funkcjonować wtedy jako miejsce wystawowe, obrazek na niej zawisł… A za rok było znów to samo… Znów dzieci miały rysować pochód pierwszomajowy i Ty wtedy też malowałaś demonstrację…

Już świadomie to malowałam, wiedząc, że nie powinnam…

To wtedy nie był już jeden sztandar, tylko duża ilość i wiele osób. Tak więc kolejny rysunek trafił na domową wystawę… Byliśmy z tego bardzo dumni, pokazywaliśmy obrazki wszystkim znajomym, którzy do nas przychodzili…

Czy warto było konspirować, czy zrobiłbyś tak samo, gdybyś jeszcze raz mógł wybierać?

O dwóch rzeczach chcę powiedzieć – o tym, że to było trudne i że to była żmudna, codzienna praca, czasem w nocy drukowanie – bo potrzeba było np. czym prędzej wydrukować Tygodnik Wojenny albo jakąś broszurę, trzeba było szukać miejsc do druku… Pamiętam, jak drukowałem poza miastem i wcześniej w to miejsce, do tego domu, przyjechał cały samochód transportowy, w nim maszyna offsetowa, papier a meble dla niepoznaki. Tam drukowaliśmy dzień i noc. Tak więc to była ciężka praca… Jakby się zastanowić, czy warto było, to myślę, że tak… Jak miałem podpisać list protestacyjny (w obronie represjonowanych robotników Ursusa i Radomia), to się zastanowiłem, czy dalej wyłącznie będę słuchał Radia Wolna Europa, czy dalej będę tylko po cichu w mieszkaniu narzekał na władzę, czy też przyłożę się, choćby moim podpisem, do zmian w moim kraju… Dlatego postanowiłem zacząć działać i nie żałuję tego, co robiłem… Warto było ponieść te trudy i niebezpieczeństwa, chociaż wiem, że moich bliskich to wiele kosztowało…

Ja zawsze byłam z Was dumna, z tego, co robiliście… ale mama… to było dla niej trudne…

Ale to też była wspólna praca, razem drukowaliśmy, Ty też z nami – składałaś karteczki. Każdy miał na miarę swoich możliwości jakąś pracę dla Polski. Kiedyś wydano taki artykuł J. Piłsudskiego „Bibuła”, gdzie on opisywał, jak w jakimś mieszkaniu drukował i bardzo się odnalazłem w tych jego wspomnieniach… Po latach się okazało, że mój dziadek konspirował i też ówczesna ubecja, zwana wtedy Ochraną, chodziła po jego śladach i musiał zwiewać. Czyli to konspirowanie przenosiło się z pokolenia na pokolenie, więc może nie można inaczej, może tak właśnie trzeba…

Czesław Piotr Stańczyk

Ur. 1955 r. W latach 1977-1989 r. Działacz opozycji – kolporter, drukarz ulotek, książek i czasopism, wydawanych poza cenzurą, współzałożyciel i redaktor „Tygodnika Wojennego”, „Biblioteki Tygodnika Wojennego” oraz Wydawnictwa Adsum. Został odznaczony: w 2001 r. odznaką Zasłużonego Działacza Kultury, a 10 lat później Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Mąż Bożeny Stańczyk, ojciec Magdaleny Pawlicy, wnuk oficera Tomasza Janiszewskiego, zabitego w 1940 r. w Katyniu.

Tags:

Dodaj komentarz