LOADING

Type to search

Analiza niewierzących

Artur Pyrek 2 kwietnia 2013
Share

Coraz częściej spotykamy ludzi wierzących, w Boga pod różną postacią, wierzących, ale nie praktykujących, wierzących w Boga, ale nie w Kościół, czy księży, czy po prostu wierzących w to, że nie wierzą.

Słysząc że ktoś nie wierzy, nie dostaję spazm, ślinotoku, czy ataku szaleństwa. Nie włącza mi się tryb nawracania, nie straszę piekłem. Także z większością innowierców staram się tak nie robić (konkretniej: jest tylko jedna grupa “innowierców”, podobno: “chrześcijan”, którzy działają mi na nerwy). Ale słysząc słowa, że ktoś jest wierzący, ale niepraktykujący, bądź wierzący w Boga, ale nie Kościół czy księży… ta sytuacja zaczyna się zmieniać. Z jednej strony, wtedy włącza się tryb racjonalny z pytaniem: “nie jesteś katolikiem, prawda?”, w trybie karcącym, chce się go skarcić i powiedzieć “cóż ty człowieku wyrabiasz, do piekła chcesz iść”, ale też włącza się tryb politowania, chce się takiemu komuś powiedzieć jedno proste “dlaczego?”.

Czym człowiek wierzący w Boga, “ale nie w kościół i/lub księży” różni się od “zwykłego” wierzącego w to, że nie wierzy? Zauważmy: wierzymy w Boga. Skoro w niego wierzymy, to wiemy, że jest, ale co? Jest, patrzy, pomaga i wszystko tak za darmo? Nie. Bóg, jest naszym Ojcem. Od Ojca dziecko dostanie wszystko, pod warunkiem, że będzie go szanowało, że będzie słuchało go i szło drogą, którą mu wskazuje, ostatecznie: że będzie przestrzegało jego zasad.

A jakie zasady dostaliśmy od Najwyższego? Prawda – dekalog. No tak, ale dekalog został przekazany Mojżeszowi, a dalej tradycja wcieliła go do Chrześcijaństwa, Kościoła. Żeby było śmieszniej: Kościoła, który założył Jezus Chrystus – i w którego, obstawiam, że taki człowiek także “wierzy”. Więc co? Idąc do teatru, którego reżyserem jest ktoś, kogo szanujemy, a w którym grają aktorzy, których nie zawsze lubimy i szanujemy (a którzy mimo wszystko grają świetnie, w dodatku doskonałe role), powiemy, że cały teatr był do czterech liter?

Inaczej: “wierzyć w Kościół”. Kościół założył Chrystus. Kościołem są wszyscy wierzący, Kościół jest powszechny, na całym świecie. Wszyscy ochrzczeni. Jeżeli ja w ten kościół nie wierzę, to nie wierzę też w tych wszystkich ludzi. Jeżeli w nich nie wierzę, to ich nie ma. Mimo tego, że oni fizycznie są, to ja w nich nie wierzę. Jestem samotny, bo skoro nie wierzę w Kościół, nie wierzę w nich. Jestem sam. A później krzyczę, bluzgam, oskarżam, wyzywam, żądam zmian. Chcę zmian. Chcę zmiany Kościoła. Modernizacji, tylko… po co? Przecież nie wierzę w Kościół…

A co z “zwykłym” niewierzącym? On po prostu nie umiera: on tylko zasypia. Śmierć jest dla niego tym samym, czym przejście z postaci stałej, do płynnej dla lodu. Ten człowiek nie krzyczy, nie manifestuje swojej niewiary, rozmawia z każdym tak samo, nie próbuje przekonywać, że Jezus miał kochankę, a wszyscy księża to pedofile i kręcący na boku z kobietami.

A co jest przeciwieństwem “zwykłego” ateisty? Niezwykły ateista: ateista antyklerykał. Wszystko jak u “zwykłego” ateisty, tylko odwrotnie.

Chyba wszystko wiadomo, prawda? Nie trzeba takich ludzi opisywać, królują oni we wszelkiego rodzaju mediach.

Przy okazji Wielkanocy zastanowiło mnie jednak też coś innego…

Jak takie osoby czują się przy okazji tego typu świąt, gdy w naszej “zaściankowej” publicznej telewizji, w porze i po obiadowej “lecą” filmy, opierające się na historii biblijnych, na zmianę z transmisjami Wielkanocnych liturgii z Rzymu czy naszych, Polskich Kościołów… ?

Zapewne muszą być smutne. Ci, bardziej tolerancyjni, będą to – jak to się mówi – “puszczać między uszy”, ci pozostali, będą psioczyć, że “księża zawłaszczają czas antenowy publicznej telewizji, w dodatku za ich pieniądze z abonamentu”.

Tylko o dniach wolnych od pracy wtedy nikt nie pamięta… nikt nie bierze pod uwagę tego, że, czy ateista, czy Żyd, czy Muzułmanin, ma te niedzielę i poniedziałek obowiązkowo wolne od pracy. Na mocy prawa. W stronę Chrześcijan nigdy nie popłynęło z ich strony nawet ciche “dziękujemy”.

Mam taką straszną i brutalną wizję: żadnych dni wolnych od szkoły, czy pracy ze względu na święta religijne. Ja bym sobie dał radę. Zawsze bym znalazł sobie Kościół, w którym mógłbym uczestniczyć w świątecznej liturgii, a sądzę, że i Księża do ogółu by się dostosowali godzinowo. Każdy, kto by chciał przeżyć święta zgodnie z ich “przeznaczeniem” znalazłby okazję do ich celebracji. Tylko co na to ateiści?

Znam kilku ateistów, a w szkole wielokrotnie w klasie miałem takich “świątecznych katolików”, dla których świętowanie Wielkanocy polegało na tym, by pójść z koszyczkiem do Kościoła, a Boże Narodzenie na tym, by ubrać choinkę i rozdać prezenty. Najdziwniejsze jednak jest to, że na różnego rodzaju zajęciach, to właśnie oni chcieli śpiewać “świąteczne piosenki”, to oni chcieli najczęściej “kolorować świąteczne obrazki” i to właśnie oni, najgłośniej wyrażali chęć otrzymania dodatkowego wolnego takiego jak przed- i poświąteczny dzień, czy godziny rektorskie…

Tylko oni też pewnie będą krzyczeć: dlaczego w telewizji w czasie Wielkanocy są filmy o tematyce religijnej, a nie np. filmy o zajączkach, kurczaczkach i kolorowych jajeczkach?!

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Dodaj komentarz