LOADING

Type to search

Akademia dziennikarstwa i ufności

Agnieszka Maciejko 14 czerwca 2019
Share

Zaczęło się trochę kiepsko, bo korki, szalony bieg żeby zdążyć do busika, później na peron i znowu opóźnienie pociągu. Ostatecznie – na ostatnią przesiadkę nie zdążyłam. Nie była to wielka strata na tym etapie, bo w końcu byłam już w Warszawie (no, przynajmniej w aglomeracji warszawskiej), miałam plecak, w którym między innymi znajdował się zeszyt i piórnik. I jarałam się jak pierwszoklasista.

Jutro miałam rozpocząć rok akademicki, choć nigdy nie wybrałam się na studia. Jednak zajęcia Akademii Dziennikarstwa organizowanej przez Stację7 odbywały się na PWTW UWSW i nasza grupa została potraktowana na równi z pozostałymi studentami. Ale to odbędzie się jutro, a teraz był pogodny wieczór, byłam nieco zmęczona podróżą i nie zaprzątałam sobie głowy już niczym innym poza tym, jak trafić do mieszkania, w którym czekało na mnie łóżko.

 

Co to za pomysł?

Jakiś czas temu znalazłam na Stacji7 artykuł o Akademii Dziennikarstwa. Pomyślałam, że to coś dla mnie, ponieważ zawsze lubiłam pisać, ale nie zawsze dobrze mi to wychodziło. Mam wrażenie, że utknęłam w miejscu i pomyślałam, że ten kurs pomoże mi ruszyć do przodu. Jak będzie, to się dopiero okaże. Zrobiłam najlepsze, co w tej chwili potrafię – podjęłam próbę. Do stracenia miałam tylko trochę czasu i pieniędzy. Okazało się, że w zamian zyskałam więcej niż się spodziewałam.

 

Więcej niż gościnność

Po wystawieniu ogłoszenia na dwóch chrześcijańskich grupach na fb o tym, że poszukuję noclegu w Warszawie i że moją jedyną walutą jest modlitwa zgłosiło się do mnie mnóstwo dzielnych i ubogaconych niewiast. Może mnóstwo, to za duże słowo, ale jak na takie niezbyt atrakcyjne ogłoszenie odzew był zaskakujący. Na pierwszy ogień poszła Teresa z Pruszkowa. Choć jej z pewnych względów nie mogło być w domu, gościny udzielił mi jej mąż Wojtek, wraz z trójką dzieci – Tomkiem, Michałem i Agnieszką. Trafiłam akurat na wieczorne mycie zębów, ale Wojtkowi nie przeszkadzało to w poczęstowaniu mnie herbatą i kolacją. Żebym się nie nudziła, najstarszy z rodzeństwa – Tomek zabawiał mnie rozmową. Dowiedziałam się, że jeździ na rolkach i łyżwach, przeczytał z tatą książkę o dinozaurach i ma specjalny różaniec dla dzieci. Kiedy Agnieszka już spała, a chłopcy po przeciągających się poszukiwaniach znaleźli swoje piżamy – odmówiliśmy wspólnie dwie dziesiątki różańca. Później przyszedł czas na kolejną herbatę, chwilę rozmowy i instrukcję obsługi prysznica. Następnego ranka „gdy jeszcze było ciemno” wypiłam ostatnią herbatę, zostawiłam lizaki dla dzieci i pożegnałam się z Wojtkiem.

Szukałam tylko łóżka i ciepłej bieżącej wody. Tymczasem załapałam się na all inclusive poszerzony o życzliwość i wspólną modlitwę. Wojtek znalazł dla mnie autobus, którego zabrakło w mojej aplikacji i wytłumaczył drogę na przystanek w najlepszy z możliwych sposobów. Tomek zaprosił mnie do swojego świata. I spotkałam moją małą imienniczkę. Dla takich spotkań warto było biec na kolejne przesiadki.

 

Pierwszy zjazd

Dotarłam z Pruszkowa na UKSW i tym razem wysiadłam na odpowiednim przystanku. Poranny spacer przez las zaostrzył mój apetyt na kawę, jednak w budynku czekało na mnie coś znacznie lepszego. Obserwującą grupkę ludzi skaczących obok niedziałającego automatu z kawą, chcąc nie chcąc podsłuchałam telefoniczną rozmowę dziewczyny siedzącej na korytarzu. Na moment wyostrzyłam słuch i nie miałam już żadnych wątpliwości – usłyszałam śląską gwarę. Żeby nie słyszeć więcej, sięgnęłam po słuchawki do telefonu, kiedy dziewczyna skończyła rozmowę i zapytała, czy ja też na akademię. Okazało się, że jesteśmy z sąsiednich miejscowości.

 

Nauka

Każdy zjazd składał się z czterech zajęć, które prowadzili profesjonaliści w swoich dziedzinach. I tak spotkaliśmy znanych dziennikarzy, których do tej pory kojarzyłam tylko z mediów. Zostałam przy tym łowcą głów robiąc sobie z nimi zdjęcia i chwaląc się na Facebooku. Mieliśmy zajęcia o sztuce dziennikarskiej, o mocy słowa, zajęcia z teologii czy prawa. Najwięcej czasu poświęcono na tak zwaną „Sztukę pisania” – pani Alina Petrowa-Wasilewicz oprócz omówienia wszystkich rodzajów tekstów dziennikarskich, poświęcała nam czas korespondując z nami na temat naszych treści i pokazała jak ważne w dziennikarstwie są uniwersalne wartości – dążenie do prawdy, szacunek, uczciwość.

Na zajęciach teologicznych, ale także poza nimi ks. Przemysław Śliwiński zmuszał nas do zejścia z utartych ścieżek, samodzielnego myślenia i nieustannego poszerzania horyzontów. Doświadczona w szkołach spotkaniami z nauczycielami dla których najważniejsza była realizacja programu i wstrzelenie się w klucz przez niego narzucony stwierdzam, że podczas akademii po raz pierwszy musiałam naprawdę się nad czymś pochylić zanim wydałam opinię.

Z serii zajęć z teologii najbardziej zapamiętałam te o roli Kościoła w świecie. Były to dla mnie półtorej godzinne rekolekcje, które pozwoliły mi na nowo spojrzeć na sprawy związane z wiarą.

 

Trudno zdecydować, które ze spotkań z dziennikarzami było najlepsze, wszystkie były bardzo ciekawe! Zarówno te, na których rozmawialiśmy o misji, jak i te dotyczące rzemiosła. Myślę jednak, że zajęcia – niespodziankę z panią Brygidą Grysik zapamiętam na dłużej.

Bardzo wiele wyniosłam też z zajęć na temat mediów społecznościowych i tych o prawnych zagadnieniach. Prowadzący je przedstawiali konkretne wskazówki, które łatwo wprowadzić w życie.

 

Dyscyplina

Już na zajęciach w październiku powzięłam postanowienie publikowania jednego tekstu przed każdym zjazdem. Jak okazało się pod koniec – taka dyscyplina uratowała mi skórę. Pokazała też, że naprawdę nie trzeba ogromu czasu i czekania na odpowiednią ilość natchnienia. Jeśli się chce, można stworzyć coś niezłego podczas jazdy autobusem albo gdy ma się tylko telefon, który przegrzewa się na słońcu. Choć to slogan, który słyszałam od dawna, dopiero tworzenie na blogowni pokazało mi, że ograniczenia są tylko w mojej głowie.

 

Ludzie

Ania mieszka na Woli. Od razu podała swój numer  i zaproponowała, że przyjedzie po mnie na dworzec. Nasza podróż do jej mieszkania trwała krótko, ale zdążyłam kolejny raz przekonać się jak mały jest świat. Moja nowa znajoma pochodzi z Tomaszowa Lubelskiego, tak jak mój tata, wciąż mam tam babcię.

Ania pracuje jako analityk. Studiowała w Lublinie, a przyszłość wymarzyła sobie w Krakowie. Jednak choroba skomplikowała jej plany. Szukając pracy trafiła do stolicy. Mieszkanie na Woli było ładne, małe, cholernie drogie. Wkrótce ma być w pobliżu stacja metra i czynsz może jeszcze wzrosnąć. Ania polubiła to miejsce i nie chciałaby być zmusza do szukania nowego. Podczas gdy moja gospodyni przygotowywała ciasto na swoją jutrzejszą randkę zaspokajałam swoją ciekawość przeglądając tytuły w jej małej biblioteczce. Niektóre stały także na mojej półce. Ze zdjęć i plakatów jakie znajdowały się na tej małej przestrzeni jeden szczególnie przykuł moją uwagę. Herb KWC!

– Jesteś w krucjacie?! – zawołałam przerywając w pół słowa to, co akurat mówiłam.

Kolejny raz w Wielkim Mieście znalazłam kogoś, u kogo mogłam poczuć się jak w domu.

 

Kasia pochodzi z Poznania, jej mąż z Pruszkowa, a w ich mieszkaniu wciąż pachnie nowością – urządzają się powoli, własnymi siłami. Zostałam przyjęta prawdziwą polską gościnnością, jeszcze zanim wyruszyłam do stolicy, Kasia zapytała co mam ochotę zjeść na kolację i przyjechała po mnie na dworzec. Byłam pod wrażeniem tego, jaką jest panią domu – domowy ketchup, szynka, a wszystko przepyszne! Wieczór spędziliśmy bardzo miło i dowiedziałam się, że Paweł – mąż Kasi wie jakie są połączenia grzewcze w Rybniku (?!) a także znają kilku Ślązaków.

Kasia i Paweł ugościli mnie dwa razy – chociaż między pierwszą, a drugą wizytą zawalił im się świat. Drugi raz, Kasia poroniła. Mimo tego była gotowa przyjąć mnie, ugościć jak ostatnio. I zaoferować swoją pomoc, gdybym tylko w przyszłości jej potrzebowała.

 

Dziewczyna, z którą byłam wstępnie umówiona na styczeń i luty z przyczyn od niej niezależnych musiała mi jednak odmówić. Zwróciłam się wtedy do Ani, u której byłam w listopadzie. Fajnie było znowu się z nią zobaczyć i pogadać tak, jakbyśmy widywały się na bieżąco. Okazało się przy okazji, że moja pamięć i orientacja w terenie,to jednak rzeczy, do których powinnam mieć ograniczone zaufanie. Natomiast ludzie, których Bóg stawia na mojej drodze są go całkowicie godni.

Drugą deską ratunku była Karolina, która napisała do mnie we wrześniu, ale z racji tego, że w międzyczasie wyprowadziła się pod Warszawę – została w rezerwie. Droga była naprawdę ciekawa – najpierw musiałam wysiąść dopiero na dworcu wschodnim, potem pojechać autobusem do ostatniego przystanku – tuż przed tabliczką ze skreślonym terenem zabudowanym, a następnie przejść uliczkami o urokliwych nazwach jak np. Leśna (i te nazwy wcale nie były od czapy!). Mieszkanie jej i jej męża również pachniało nowością. To, co rzuciło mi się od razu w oczy to profesjonalny ekspres do kawy i tablica menu jak z kawiarni.

– Wow, macie kawiarnię? – zapytałam, nie mogąc się doczekać poranka z aromatyczną kawą.

– Próbujemy – wyjaśnił mi Wojtek wskazując na mapę Warszawy z zaznaczonymi uczelniami. – Chcemy otworzyć punkt na jakieś uczelni, ale na razie kiepsko idzie. Na UKSW nam odmówili.

„Nie wiedzą, co tracą” podsumowałam następnego poranka, po filiżance pysznego espresso.

Oprócz kawy mieliśmy jeszcze jeden wspólny punkt – Radio eM. Karolina i Wojtek słuchają mojej ulubionej śląskiej, katolickiej rozgłośni.

 

W marcu i kwietniu wróciłam do swojego „grafiku” noclegów. Kolejnym punktem na mojej mapie był Ursynów i Patrycja z czterema chłopakami. A co jeden, to ciekawszy egzemplarz, nawet leżący w wózku Jasio. Patrycja mogła uczyć inne dzieci historii, ale zdecydowała się zająć tylko swoimi, z czego chłopaki zdecydowanie korzystają. Jej mąż natomiast pracuje w gastronomii, to też oprócz łóżka i ciekawego towarzystwa załapałam się na pyszne obiadokolacje i śniadania. Niestety połączenie komunikacji miejskiej między Ursynowem, a Bielanami ograniczyło nasz czas. Najbardziej poszkodowanym wydawał się najstarszy z synów – Dawid, gdy musiałam odmówić mu wspólnej zabawy w sobotni poranek.

 

Przez większość zjazdów, do domu wracałam z Piotrkiem – kolejną osobą ze Śląska, która uczestniczyła w akademii. Z nim też zdecydowałam się jechać do Warszawy na dwa ostatnie zjazdy. Piotrek każdy przejazd ogłaszał na portalu Bla bla car – w wielkim skrócie to umawiany wcześniej autostop. Dzięki temu poznaliśmy i porozmawialiśmy z wieloma ciekawymi ludźmi, m.in. podróżnikami, aktorką teatralną, zaangażowanym patriotom, fanem motoryzacji. Każde z nich miało do powiedzenia coś ciekawego i za każdym razem podróż mijała nam bardzo przyjemnie.

 

Koniec?

Dziesięć miesięcy, dziesięć zjazdów. Osiem noclegów w pięciu miejscach. Dziewięć powrotów, za każdym razem innych. I całe mnóstwo wspaniałych ludzi, których Pan Bóg postawił na mojej drodze. Nawet jeśli niczego się nie nauczyłam, dla tych spotkań – było warto! Obce osoby, które zaoferowały bezinteresowną pomoc, przypadkowe spotkania i dzielenie się swoim życiem, a także starzy dobrzy znajomi, którzy wspierali kiedy trzeba.

Już jutro ostatni raz. Trochę dziwnie będzie nie przygotowywać się na kolejny, nie umawiać się z nikim i nie czekać na kolejne spotkanie. A może trzeba tylko znaleźć sposób, żeby to kontynuować? Może w innej formie, ale wciąż z ufnością.

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

1 Komentarzy

  1. Agnieszka Czachor 14 czerwca 2019

    Świetny tekst :)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz