LOADING

Type to search

Ach, co to był za ślub!

Eryk Markowski 11 października 2014
Share

Sezon ślubny roku 2014 powoli dobiega końca. Wprawdzie miesiąc październik zawiera w sobie literkę „R”, która to jest ważnym czynnikiem przy wyborze terminu ślubu przez potencjalnych małżonków, jednak o tej porze roku już raczej nieliczne pary decydują się na ślub i wesele. Czy może wesele i ślub? 

Wedding rings

Ci, którzy mnie znają mają pełną świadomość tego, jaką niechęcią pałam do wesel. I nie jest to wcale uwarunkowane moją chyba genetyczną awersją do wszelkich tego typu imprez zrzeszających zbieraninę bardzo często obcych parze młodej osób. Ale po kolei.
Ślub. Jedno z ważniejszych wydarzeń w życiu mężczyzny i kobiety, dla wielu wręcz najważniejsze. Moment, w którym życie zmienia się niemalże o 180 stopni. A jak do tego dziś podchodzimy? O wiele więcej czasu poświęcamy na przygotowanie wesela niż ślubu. Błąd! Nie wydaje Wam się, że trochę nam się pomieszały proporcje? Wesela musi być dopięte na ostatni guzik, wynajęta sala, ładne zaproszenia, zastawa z porcelany, potrawy godne kuchni Pawła Okrasy, krzesełka mięciutkie, ani grama kurzu, sztućce idealnie rozmieszczone… A ślub? Jakoś to będzie, trzeba tylko podać sobie dłonie, nałożyć obrączki, powtórzyć za księdzem słowa przysięgi, której nie rozumiemy i tyle. Idę o zakład, że w głowach przeciętnych państwa młodych przez całą ceremonię ślubną siedzą myśli o weselu. Czy kelner się nie potknie, czy nie rozleje rosołu na nową sukienkę teściowej, czy wujek Mietek się nie spije, nie narobi wstydu itp. No dobra, pan młody może jeszcze marzyć o nocy poślubnej, ale to już inna para kaloszy. Myślę, że jest bardzo niewiele par, które siedząc na wygodnych krzesełkach przed ołtarzem myślą sobie „kurde, Panie Boże, w życiu się tak nie bałem jak teraz, mam masę wątpliwości jak to będzie, ale wierzę, że Ty jesteś i będziesz w naszym małżeństwie, że Ty to jakoś poukładasz.” Skąd to się bierze?

9385d

Myślę, że na poprawę świadomości narzeczonych na pewno nie wpływają kursy przedmałżeńskie. W większości parafii są one prowadzone przez ludzi niekompetentnych i zamiast na istocie sakramentu skupiają się na zaprezentowaniu wykresów opisujących cykl menstruacyjny kobiety. Może gdzieś tam padnie określenie „naturalne planowanie rodziny”, ale o co w tym chodzi to za bardzo się nie dowiemy. Cały kurs sprowadza się tak naprawdę to odbębnienia paru spotkań, by potem móc z dumą przedstawić proboszczowi zaświadczenie o jego ukończeniu. Nie tędy droga. Kursy powinny się skupić na tym, czym małżeństwo przede wszystkim jest – sakramentem. Trzeba pokazać narzeczonym, że to ślub jest głównym wydarzeniem tego dnia, nie wesele, uświadomić ich, że podczas ślubu dzieją się nieziemskie rzeczy, że to sam Bóg przychodzi ze swoją łaską i nas umacnia, uświęca, że ta druga osoba jest nam dana po to, by nas prowadzić do zbawienia.
Bardzo lubię śluby „z pompą”, sam taki chciałbym mieć. Za to na wesele zapraszałbym tylko najbliższą rodzinę i znajomych, takich, którzy przyjechaliby na ślub, a nie na wesele. A trzeba pamiętać, że gdyby nie ślub, to nie byłoby wesela. Więc chyba już to pokazuje na co powinniśmy kłaść zdecydowanie większy nacisk.

Dziś wyznacznikiem dobrego przyjęcia po ślubie jest jego długość. Najlepsze kończą się od razu poprawinami, bez żadnej przerwy. A ja marzę, by po ślubie po prostu siąść z rodziną i przyjaciółmi w jakiejś restauracji na przyjęciu, rozmowie. Chciałbym widzieć, że naprawdę przyjechali dla nas, a nie dla darmowej wyżerki i okazji do wychylenia większej ilości kieliszków. Może nie być orkiestry, może nie być tańców, kelnerów w wykrochmalonych koszulach i 77 potraw, z których potem 70 idzie do kosza. Najważniejsi są ludzie. I nie ich ilość, ale jakość, świadomość tego, w czym uczestniczyli. 

Dodaj komentarz