LOADING

Type to search

Dwie miłości w Neapolu

Dwie miłości w Neapolu

Agnieszka Maciejko 12 kwietnia 2019
Share

Są na świecie takie miejsca, obok których nie można przejść obojętnie – albo się je pokocha, albo znienawidzi. Należy do nich Neapol, który wbrew oczekiwaniom, chwycił mnie za serce.

Moja praca polega na ciągłym pośpiechu, to też kilka razy już Neapol przebiegłam – zupełnie nie we włoskim stylu. Wygrałam trzy z dwóch gier o przetrwanie – nie dałam się rozjechać i nie wywróciłam się na walających się wszędzie śmieciach. Wypiłam niejedno espresso i później patrząc na oddalającego się Wezuwiusza, nieraz wzdychałam żeby móc spędzać tu kilka chwil dłużej.

Udało mi się to parę tygodni temu. Ze względu na krążące w mojej firmie legendy miałam tylko dwie godziny, żeby wrócić do służbowego mieszkania przed zmrokiem. Ze względu na wrodzoną brawurę, troszkę ten czas wydłużyłam. No dobra, tak naprawdę dlatego, że w końcu nie da się tam tyle biegać, to przecież Włochy!

Miłość pierwsza

– To tam gdzie jest tyle śmieci? – zapytała mama, gdy powiedziałam jej gdzie jadę.

Wzruszyłam ramionami. Włochy kojarzyły mi się wtedy przede wszystkim z przepysznymi lodami i świetną pogodą. Ale jeszcze zanim autokar na dobre zjechał z autostrady, zobaczyłam, że z tymi śmieciami to poważna sprawa. Oprócz walających się tu i ówdzie papierków, niemal na każdym kroku przechodzimy obok kontenerów zawalonych worami śmieci i stosów kartonów. Z tego, co wyczytałam, śmieci to interes mafii, dokładając do tego wrodzoną niedbałość Włochów, mamy tutaj mały dramat. Jednak tak jak wspomniałam we wstępie – da się z nimi wygrać.

Stosy złożonych kartonów stojące przy sklepach to po prostu materace bezdomnych. Nie wiem dokładnie, jak to wygląda, ale wieczorem stoją w równych stosach, a rano w różnych częściach chodnika leżą na nich ludzie. Tu właśnie dyscyplina, którą przegrałam – zagapiona wparowałam komuś do łóżka rozłożonego obok przystanku.

Druga z wygranych gier dotyczy ruchu drogowego. Im bardziej chcecie przestrzegać przepisów, tym wasze szanse są mniejsze. Na dotarcie do celu i na przetrwanie. Światła przy przejściach dla pieszych mają charakter jedynie dekoracyjny. Jeśli macie jakieś pojęcie na temat ruchu drogowego u południowców, w Neapolu pomnóżcie to razy 15. I zaufajcie intuicji.

To tyle z nieprzyjemności. Jeśli jeszcze tu jesteście i nie straszne wam śmieci, łóżka z kartonów i drogowe prawo dżungli – macie szansę się zakochać. Skąd urok Neapolu? Nie mam pojęcia. Odrapane, pobazgrane sprayem budynki, wszechobecne śmieci, ciągły dźwięk klaksonów. Rześkość charakterystyczna dla nadmorskich miejscowości, mistyczny Wezuwiusz górujący nad miastem, niespieszność południa. Pyszne lody, stolica pizzy, świeże cytrusy i owoce morza. Kościoły, kaplice i mafijne porachunki – sacrum obok profanum. Mnie ta mieszanka chwyciła za serce w ciągu 5 minut.

Miłość druga

Zaczęło się od biografii autorstwa Joanny Bątkiewicz-Brożek, którą dostałam w prezencie. Po jej przeczytaniu miałam tylko jeden cel – jeszcze raz Neapol i odwiedziny u o. Dolindo Ruotolo.

Postać tego niezwykłego kapłana żyjącego na początku XX wieku zachwyciła mnie podobnie jak jego ukochane, rodzinne miasto. Grób o. Dolindo znajduje się w kościele San Giuseppe dei Vecchi e Immacolata di Lourdes. Żeby tam trafić musiałam przejść kolejno przez turystyczny Piazza Garibaldi, wąskie uliczki pełne małych sklepików, kawiarni, gwaru i skuterów, żeby trafić w końcu do pnącej się w górę via Salvatore Tomassi. Z tego spaceru najbardziej zapamiętałam zapachy – mocnej kawy i smażonych fritty oraz sfogliatella ricca, a później… świeżego prania! W części mieszkalnej zwisało ono w każdym oknie i na suszarce stojącej na chodniku przed drzwiami kamienicy. Tak, w Neapolu pranie suszy się na chodnikach. To zdecydowanie najciekawsza rzecz, jaką widziałam.

Moim krokom towarzyszyli święci, na pewno św. O. Pio i św. Antoni, których figurki znajdują się w wielu ulicznych kapliczkach. Prowizoryczne kaplice pojawiały się niemal na każdym kroku – z obrazem lub figurą Matki Bożej, Jezusa, kilku świętych i zdjęciami prawdopodobnie członków rodziny lub pobliskich mieszkańców. Z świeżymi i/ lub sztucznymi kwiatami, świecami, dewocjonaliami. Nie da się ich nie zauważyć.

Kościół natomiast łatwo przegapić – co typowe dla tej zabudowy – jest on wciśnięty między kamienice. Zmęczona wspinaczką i slalomem między suszarkami uważnie pilnowałam żeby nie pójść o krok za daleko. Przed drzwiami na szczycie schodów stało kilka starszych osób. Zauważyłam już, że kościół dla Włochów to także jedne z wielu punktów spotkań. Wyminęłam rozmawiających i weszłam do środka. W kościele panowała cisza, kilka osób modliło się, ktoś cicho rozmawiał. Przy grobie o. Dolindo nie było w tej chwili nikogo, ale wielu zostawiło tam ślady swojej obecności. Na płycie porozkładane były niezliczone księgi z intencjami, w oczy rzucała się kolorowa wiązka – apaszki pozostawione przez polskich pielgrzymów.

W Polsce kapłan zyskał popularność wraz z napisaną pod dyktando Jezusa modlitwą – wezwaniem “Jezu, Ty się tym zajmij”. Tekst jest tak naprawdę prośbą Pana skierowaną do nas, abyśmy wreszcie zaufali Mu i pozwolili działać według wypowiadanych często bezmyślnie słów “bądź wola Twoja”

Imię Dolindo znaczy cierpienie. I jest to chyba główny rys historii tego niezwykłego człowieka. Naznaczony cierpieniem od najmłodszych lat, zakochany po uszy w Bogu. To od Niego czerpał siły. Na prawie 20 lat zawieszony w odprawianiu Mszy Świętej, nigdy nie odstąpił od Kościoła. Zawsze ufnie, nawet w ciemnościach, przyjmował Wolę Bożą.

Zapukaj, zaufaj i wróć

Na grobie ojca Dolindo widnieje napis:

“Kiedy przyjdziesz do mojego grobu, zapukaj, ja nawet zza grobu odpowiem ci: ufaj Bogu”

Zapukałam. Przyniosłam ze sobą mnóstwo intencji, ale patrząc w portret Jezusa namalowany pod dyktando ojca, dźwięczały mi w głowie słowa aktu o. Dolindo

“W bólu i cierpieniu prosisz, bym działał, ale tak, jak ty tego chcesz… Nie zwracasz się do Mnie, a jedynie chcesz, bym się dopasował do twoich potrzeb i zamysłów. Nie jesteś chory, skoro prosząc lekarza o pomoc, sugerujesz mu leczenie.”

Głupio było mi prosić. Rzuciłam te wszystkie sprawy pod stopy Pana i powtórzyłam za kapłanem “Jezu, Ty się tym zajmij”

Spędziłam tam chwilę, już nie chciałam się śpieszyć. Zapukałam jeszcze raz, nie zaufałam do końca. Jeszcze się nie nawróciłam.

Gdy wracałam już zaczynało się ściemniać. Padał deszcz i we wszystkich możliwych sklepikach pojawiły się chińskie parasole za 30 euro (widać Neapolitańczycy oprócz smykałki do kapliczek, mają też nosa do interesów). Nie przeszkadzało mi to w  chwili przerwy na espresso i sfogliatella ricca – neapolitański rodzaj pączka z serem. Pomyślałam, że może dlatego tak pokochałam to miasto, bo przypomina moje serce. Pełne śmieci i odrapanych ścian, a jednak zalewane Bożą miłością. Sacrum i profanum, kręte drogi pod górę, drzemiący wulkan. I Pan Bóg, który tak naprawdę najlepiej działa bez fajerwerków.

“Ufaj zatem tylko Mi, odpocznij we Mnie, całkowicie się na Mnie zdaj. Czynię cuda proporcjonalnie do twojego pełnego oddania się Mi i oderwania się od twoich myśli. Rozrzucam skarby łask, kiedy jesteś ubogi, całkowicie.”

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Dodaj komentarz