LOADING

Type to search

Gunia – o chromosom szczęścia więcej

zafor hasan 2 marca 2014
Share

Po epizodzie wolontariatu na popołudniowych zajęciach z niepełnosprawnymi dzieciakami z gminy, postanowiłam sobie, że nie wmieszam się nigdy w oligofrenopedagogikę. W głębi serca wiedziałam, że nie wystroję swojego emocjonalnego temperamentu w sztywny, patetyczny mundurek metodyki tej pracy. Bałam się, że nie wpiszę się w odpowiedni poziom taktu, łagodności, cierpliwości i dystansu. Miałam rację, bo kilka lat później, mając w nosie zasady o niefaworyzowaniu wychowanków, zakochałam się bez pamięci w swojej podopiecznej z Zespołem Downa.

 

Pojawiłyśmy się w żłobku prawie w tym samym czasie, na początku wakacji. Stawiałam pierwsze nieśmiałe kroki w maluszkowej grupie, gdy zjawiłaś się przerażona w moich ramionach, z kciukiem w ustach. Od początku mnie urzekłaś. Usta Królewny Śnieżki, wielkie zielonkawe oczka, włoski przycięte w bombkę. Tuliłam Cię i kołysałam, scałowując nieprofesjonalnie z Twoich rumianych policzków łzy strachu, zapewniając, że poradzimy sobie. Obie. Przedstawiano mi Cię jako Igę, ale dość szybko zaczęłam nazywać Cię Gunią. Dopiero niedawno dowiedziałam się, że to nieświadome zdrobnienie Twojego imienia to też nazwa ozdobnego, odświętnego płaszczyka górali na chłodne, deszczowe dni. Pasuje do Ciebie jak ulał, wiesz?

Trafiłaś do nas mając 15 miesięcy. Jeszcze nie chodziłaś. Po pierwszych dniach adaptacji, powolutku, ciekawsko zaczęłaś odpełzać na czworaka od moich kolan, badawczo przyglądając się koleżankom i kolegom. Nie miałaś podobno od urodzenia wykształconego odruchu ssania, nie potrafiłaś pić z butelki. Szybko nadrobiłaś zaległości – musiałam odpędzać Cię od maluchów, którym w czasie snu wykradałaś smoczki i zaszywałaś się w kąciku sali próbując utrzymać w wargach dziwny, gumowy przedmiot. Pamiętam rozbawienie i zachwyt jaki poczułam, gdy zobaczyłam jak siedzisz po turecku, a smoczek porusza się w Twoich intensywnie ssących ustach.

Poranna rehabilitacja w Elfiku pozwoliła Ci postawić pod koniec lata pierwsze kroki. Kroczyłaś dumnie, majestatycznie, na sztywnych, prostych w kolankach nóżkach. Byłaś moją małą pomocnicą przy naszych półrocznych nowicjuszach, którzy pojawili się we wrześniu. Dzielnie rozróżniałaś i donosiłaś im odpowiednie smoczki, w czasie płaczu podrzucałaś grzechotki, albo w skupieniu, z przygryzionym w kąciku ust językiem, huśtałaś je do snu w plastikowych bujaczkach. W wolnych chwilach zabierałaś się za czytanie. Wybierałaś książeczkę, siadałaś przy grzejniku i przejeżdżając paluszkiem po literkach ruszałaś ustami. Czasem kiwałaś przy tym główką, robiłaś zaskoczoną minę albo wybuchałaś śmiechem. Świetnie radziłaś sobie z klockami i trzymaniem pędzla czy kredki.

 

Miesiące mijały, a ja zakochiwałam się w Tobie coraz bardziej. Podobno już widząc wejściowe drzwi żłobka zaczynałaś się śmiać. Twoja mama zawsze przykładała dużą uwagę do dopasowania najmniejszych akcentów Twojego ubioru. Miałaś nawet kilka par butów ortopedycznych w różnych kolorach. Zresztą postać Twojej mamy też mnie zauroczyła. Piękna, kobieca, otwarta. Masz po niej te wielkie oczy. I niewyobrażalną ilość optymizmu. Widywałam różnych rodziców. Znoszonych, wyblakłych, przetartych. Przesadnie pobudzonych, zaklinających rzeczywistość albo żądających wyjaśnień od sprawiedliwości. Z uniesionymi pięściami bądź opuszczonymi ramionami. Twoja mama jest inna. Widzę w niej zachwyt nad Tobą, który ściska mi gardło. Radość, niesforność, ciekawość, nadzieję. Codziennie rzucała na pożegnanie wraz z całusem słowa: "Baw się dobrze, Skarbie" albo "Miłego dnia, Kochanie". Wiesz, że żaden inny rodzic tego u nas nie robi?

Wśród naszej codzienności przewijała się też Twoja "Baba", która nigdy nie mogła się doczekać godziny odbioru i podkradała mi Cię trochę wcześniej niż powinna. Nie było u nas dziecka, które cieszyłoby się bardziej na widok przychodzącego po nie opiekuna. Dostrzegając w drzwiach smukłą, posiwiałą postać, odchylałaś główkę w tył, otwierałaś w rozbawieniu usta i wyciągałaś rączki przed siebie. Pamiętam, że gdy babcia trafiła do szpitala i wyjątkowo przyszła po Ciebie mama, patrzyłaś na mnie szeroko otwartymi oczkami i pytałaś: "baba?", po czym kręciłaś przecząco główką, nie chcąc wstać. Nie ma przy Tobie taty ani na korytarzu żłobka, ani w karcie informacyjnej dokumentacji, choć myślę, że te kobiety kochają Cię za całą armię mężczyzn.

Podczas naszego popołudniowego rytuału zabierałam Cię do łazienki. Byłaś strasznie dumna, że pozwalałam Ci iść obok mnie na płytkach. Jako jedyna radziłaś sobie z nocnikiem. Toczyłyśmy przy nim rozmowy, o tym, jak pójdziesz za niedługo "papa", co zobaczysz na spacerze. Zawsze domagałaś się też podniesienia Cię do okna. Za szybą, na dachu u sąsiadów przesiadywały gołębie. Patrzyłaś na nie urzeczona, prawie tak samo poruszona jak ja Tobą. Potem stawałyśmy przed lustrem przy umywalce, wycierałam Ci nosek i robiłyśmy dziwne miny do naszych odbić.

 

Kiedy podjęto decyzję o przeniesieniu Cię do starszej grupy, te chwile przy lustrze trwały trochę dłużej. Miałam naiwną nadzieję, że zapamiętasz nasz obraz i moje słowa szeptane Ci do ucha, że jesteś cudem, że będziesz kim zechcesz. Próbując wyzbyć się egoizmu tłumaczyłam sobie, że już czas na Ciebie, że jesteś najstarsza w mojej drużynie. Że tak będzie dla Ciebie lepiej, bo w grupie Starszaków zapewnią Ci kontakt z rówieśnikami i zajęcia dodatkowe. Że niewiele już Ci dam wśród tych naszych niemowlaków, śliniaków i smoczków. Żegnałam się z Tobą powolutku, od początku grudnia, by wreszcie zdezerterować i mieć urlop po świętach, gdy byłaś u nas ostatni dzień.

Minęły dwa miesiące odkąd Cię tu nie ma. Tęsknie bardziej, niż się o to podejrzewałam. Wpadamy na siebie czasem w szatni albo na korytarzu. Dzieje się wtedy coś niesamowitego, coś, co nie miało miejsca u innych dzieciaków, które były przenoszone do starszych oddziałów. Witasz mnie z uśmiechem, wyciągasz do mnie paluszki albo wystawiasz do całowania czoło, jak w ubiegły piątek. Zdarza się, że gdy Twoja grupa wychodzi na spacer, wpadasz do nas w odwiedziny. Jest tak, jakby nic się nie zmieniło – chodzisz po sali roześmiana, jednocześnie przytulasz stare pluszaki i bujasz łysolków. Robię sobie wtedy chwilę przerwy i wcinamy na dywanie moje bułki ze śniadania, przeczesuję Twoje włosy, witamy się z gołębiami. Ostatnio świętowałyśmy Twoje drugie urodzinki, przy muffinkach, które upiekłaś z mamą. Dziewczyny, dziękuję za wszystko co od Was dostałam. Mam nadzieję, że nie pogniewacie się za ten tekst i moją nachalną potrzebę wygrzania się przy Waszym cieple. Guniu, tak wielu ludzi nawet jeszcze nie wie, że chciałoby Cię poznać.

Następny artykuł

Leave a Reply