Bezdomny Jezus

Bezdomny Jezus

Niesamowity jest ten czas gdy w człowieku rodzi się Jezus. Karmi głodnych i spragnionych swoją obecnością. Szukamy w żłóbku dzieciątka, a ono powolutku wzrasta w nas, trzeba tylko dać Jemu na to przestrzeń.

 

Świąteczny pęd co roku zaczyna się tak samo. Zanim znicze na grobach całkiem przygasną, ulice rozbłyskują milionem światełek. Witryna za witryną mienią się złotem i migoczą brokatem. Wszystko dużo wcześniej zaplanowane i wyreżyserowane przez dział reklamy i marketingu. Slogany i hasła mamią i wabią „przyjdź, kup, wejdź, te święta będą magiczne”. Promocyjne zapewnienia próbują konkurować z tą prawdziwą, cudowną obietnicą Boga.

Po raz kolejny, Mikołaj, ten puszysty, starszy pan, upomniał się o swoje święto. Spotykam go na każdym plakacie, opakowaniu produktu, który wrzucam do sklepowego koszyka i jedyne z czym go kojarzę to pomniejszony portfel, bo przecież to nie on sprawia, że pod choinką pojawia się kolejna zabawka lub inny podarunek.

Każdego roku próbuję uciec od tej zafałszowanej i sztucznie napędzonej świątecznej propagandy. Delektuję się ostatnimi dniami jesieni spacerując po parkowych alejkach, albo zaszywam gdzieś w domu słuchając piosenek Franka Sinatry, zanim ten świat całkiem odbierze mi wiarę w narodziny Boga. I tym razem chciałam przygotować się do świąt na swój własny sposób, bez pośpiechu oczekiwać przyjścia Jezusa, ale wszystko wokół aż krzyczało „pośpiesz się”. W tym zabieganiu można zgubić sens samego święta.

W przedostatni tydzień grudnia zamknęłam się w kuchni i przy akompaniamencie moich czterolatków wyśpiewujących kolędy, piekliśmy wspólnie pierniczki. To właśnie moje maluchy sprawiły, że poczułam tę wyjątkową atmosferę. W pokoju stała choinka, w wannie pływał karp, a obok mnie, Basia głośno śpiewała „chwała na wysokości..”. Raz po raz z jej ust padało słowo „dzieciątko”. Zastanawiałam się wtedy, co to znaczy czekać na narodziny dzieciątka, czym jest to trwanie w czuwaniu na przyjście Pana? A gdyby tak samej Go poszukać? Może właśnie kluczem do tego, gdzie szukać jest Pismo Święte? Bo kim jest Jezus, jeśli nie miłością, obecnością, tym, który karmi i daje nam Siebie. On całym swoim życiem pokazywał nam swoją zwyczajność, był taki jak my, był też bezdomny i cierpiący, pomagający i wymagający naszej pomocy. On przychodzi do najbardziej potrzebujących. Jest wszędzie tam gdzie wyczekują Boga.

Znalazłam miejsce, gdzie ten ubarwiony i pokolorowany świat jeszcze nie dotarł, gdzie migocące światełka sań z brodatym Mikołajem nie przyćmiły prawdziwego światła. Znalazłam Jezusa.
Widziałam Go jak siedział wśród bezdomnych w jadłodajni na Miodowej. Jak czekał na to, aby być nakarmionym, widziałam również jak sam służył, karmił głodnych i spragnionych, uśmiechał się i dawał coś, co jest niemierzalne: swój czas, ciepło, dobre słowo. Wszystko to zobaczyłam podczas wigilii dla bezdomnych w jadłodajni Kapucyńskiej Fundacji im. bł. Aniceta Koplińskiego. Na kilka dni przed tym jak sama zasiądę do stołu z moimi bliskimi, mogłam pobyć z tymi, którzy tej bliskości najbardziej potrzebują.
To tam ujrzałam, jak to jest nieść komuś Jezusa. Maryja przyniosła tę Miłość na świat, a dziś każdy z nas może zanieść Go najbardziej potrzebującym. Zgromadzeni wysłuchali życzeń Radosława Pazury, fundatora Fundacji, który pragnął napełnić ich serca nadzieją i zjednoczyć się z nimi poprzez wspólne przeżywanie Narodzenia Chrystusa. Podkreślił tę zapomnianą przeze mnie prawdę, że Jezus także był bezdomny. Maleńkie dzieciątko, urodzone w stajence, z dala od miasta, przepychu i migocących światełek – Samo stało się jasnością.

Fot. Edyta Foryś

Nad białymi obrusami, zastawionymi stołami, bezdomni składali sobie życzenia dzieląc się opłatkiem.

Podeszłam do starszej kobiety, której imienia nawet nie znałam i łamiąc opłatek poczułam, że to co mówię nie jest oklepanym zestawem pocztówkowych życzeń, lecz prawdziwym pragnieniem płynącym z mojego serca, by Bóg ją błogosławił.

Wraz z wolontariuszami i pracownikami fundacji rozkładałam talerze z jedzeniem na stołach i widziałam Jezusa w każdym człowieku przed którym stawiałam gorące pierogi. Ten moment usługiwania im był niewyobrażalną przyjemnością.
W tle kapucyński chór śpiewał kolędy i znów poczułam się jak w kuchni swojego domu, gdy z dziećmi wycinałam piernikowe ciasteczka.

Na koniec goście otrzymali paczki z prezentami: ciepłe rękawiczki, skarpetki, czapki, trochę żywności i artykuły kosmetyczne. Jednak myślę, że nie ciepła odzież z paczek rozgrzała ich serca na długo, lecz bliskość z drugim człowiekiem, która była jak spotkanie z Jezusem.

Bóg w swojej hojności dał nam najcenniejszy dar – Siebie. Czy nie to właśnie mamy czynić dalej? Oddawać swój czas i siebie innym? Dlatego układając definicję Bożego Narodzenia, bliżej mi do bezdomnych z Miodowej, do ich skromnego pragnienia bliskości w blasku gwiazdy Betlejemskiej, niż do modnych dekoracji z akcentem brzuchatego, starszego pana, oświetlonego sztucznym światłem neonów.

AnnMari

AnnMari
Napisane przez AnnMari

Nikt nie dodał komentarza. Bądź pierwszy!

Jeszcze nikt nie skomentował tego postu. Bądź pierwszy!

Dodaj komentarz