LOADING

Type to search

50 twarzy żenady

zafor hasan 27 września 2013
Share

Pewnego dnia Erika Leonard wpadła na szalony pomysł, który od początku był skazany na jakościową porażkę. Zainspirowana melodramatyczną „Zmierzchową” historią krwiożerczego Pattisona i rozdziawionych ust Stewart, obiecała sobie napisać nieco pikantniejszą wersję wampirzego love story. Pisarka amatorka spełniła swoje groźby i o zgrozo – narodziło się „Pięćdziesiąt twarzy Grey’a”.

Historia jak z komedii romantycznej – Anastasia, niepewna siebie, przeciętna studentka klasy średniej, on – niedostępny, atrakcyjny, tajemniczy milioner. Od początku między nimi iskrzy: „Gdy nasze dłonie się stykają, znowu czuję ten rozkoszny prąd, który mnie rozświetla” (co innego może robić prąd). Na trzecim spotkaniu się całują, na piątym ona ma już świadomość, że zrobiłaby dla niego wszystko. W okolicach siódmego on kupuje jej biustonosz, laptopa i samochód, mimo że rozmowy plasują się na poziomie: „Zawsze chodzi pani w dżinsach? Pyta ni z tego ni z owego – Najczęściej” i „Nie denerwuj się jakbyś miał osę w majtkach”. Anastasia raz po raz, czyli średnio co trzy strony daję upust swojemu zachwytowi nad wybrankiem: „W jego szarych oczach błyszczy ciekawość. Kurde i jeszcze raz kurde. Jasny gwint! Chyba mam atak serca”, „Mrugam szybko. O rety… on jest naprawdę, całkiem… rety”. Przy okazji niemal współczuje biednej dziewczynie jej upartych kompleksów i potrzeby nieustającego poniżania się na tle ukochanego: „Czemu ten piękny, możny, wytworny mężczyzna miałby chcieć się ze mną spotkać? Ten pomysł jest niedorzeczny”, „Jestem nieumyta, klejąca się, no a on wygląda jak zawsze olśniewająco”, „Swędzi mnie skóra na myśl, że może, takie maleńkie może, jednak mu się podobam”. W ogóle problem swędzenia pojawia się dość często: „Moje hormony szaleją. Swędzi mnie skóra w miejscach, których dotykał jego kciuk”, biorąc pod uwagę motyw przewodni książki – zalecałabym parze wizytę u specjalisty.

Bohaterka stosunkowo często udaję głupszą niż jest (a może po prostu jest?): „Chyba mam otwartą buzię i nie jestem w stanie zlokalizować mózgu ani głosu”, „W głowie mi się kręci od jego słów. Powinnam była zabrać dyktafon Kate, aby później wszystko odsłuchać. Tyle informacji, tak wiele do przeanalizowania”. Dla ukochanego – studentka zdolna jest do największych poświęceń: „Serce wali mi głośno i nierówno. Idę na kawę z Christianem Greyem… a ja nie znoszę kawy”. Wie też, jak zadowolić mężczyznę: „Wszystko jest tym smaczniejsze, że Christian pozostaje w dobrym humorze do końca posiłku. Podejrzewam, że to dlatego, iż jem z takim apetytem”. Czułam niemal zazdrość zaczytując się w wysublimowane komplementy typu: „Pachniesz pięknie, jak nigdy dotąd”, „Podoba mi się twoja spódnica. Jest bardzo krótka”.

To co przyciąga większość czytelników i odpowiada za popularność książki – to zabarwienie erotyczne powieści. Podobno związek Anastasii i Christiana jest pikantny, wyuzdany, odważny, szokujący. Są kajdanki, pejcze, lateks, czerwona pościel. Nie mnie oceniać stronę perwersyjną, ale pozostaję pod wrażeniem szaleństwa, na jakie zdobyła się pewnego dnia główna bohaterka. Dotąd mam wypieki na twarzy, gdy przypominam sobie pewną scenę: „Dostrzegam szczoteczkę Christiana. To byłoby tak, jakbym czuła go w swoich ustach. Hmm… Zerkając z miną winowajcy na drzwi, dotykam włosia szczoteczki. Jest wilgotne. Musiał już jej użyć. Biorę ją szybko, wyciskam na nią pastę i w ekspresowym tempie myję zęby. Ależ ze mnie niegrzeczna dziewczynka”. Inny przykład bezpruderyjnych amorów to wieczór, gdy Anastasia rzuca lubieżnie kochankowi: „Och… a tak przy okazji, mam na sobie twoją bieliznę. – Uśmiecham się i na potwierdzenie swoich słów pociągam za gumkę bokserek. Christianowi opada szczęka”. Wow.

Wielu z czytelników wyśmiewa notoryczne przygryzanie wargi przez główną bohaterkę – przeliczyłam. Wyszło, że autorka wspomina o tym dokładnie dwadzieścia pięć razy. Tylko trochę mniej popularne jest przeczesywanie włosów przez Christiana – ten fakt został odnotowany dwanaście razy. Dla mnie osobiście najbardziej irytujący był opis przeżyć wewnętrznej bogini Anastasii, która zależnie od sytuacji – naprzemiennie „kołysze się w powolnej, zwycięskiej sambie”, „piorunuje mnie wzrokiem, tupiąc niecierpliwie małą nóżką”, „tańczy właśnie merengue z dodatkowymi krokami salsy”, „wpatruje się z otwartymi ustami, lekko się śliniąc”, „podskakuje i klaszcze w dłonie jak pięciolatka”, „robi przewroty w tył godne rosyjskiej gimnastyczki olimpijskiej”, „cmoka z zadowoleniem, dumna jak paw”, „tak promienieje, że zdołałaby oświetlić całe Portland”. Mam nadzieję, że przerywniki notorycznie używane przez główną bohaterkę m.in. „ożesz ty”, „jasny gwint”, „rany Julek”, „kurka wodna”, „o święty Barnabo”, „dupa blada”, „w mordę jęża” – to jedynie osobisty dodatek od pani tłumaczącej powieść.

No, ale do rzeczy. Da się coś takiego sprzedać? Oj da. Doszukałam się informacji o ponad 70 mln opchniętych egzemplarzy całej serii w 37 krajach. „Pięćdziesiąt twarzy Greya” w Wielkiej Brytanii sprzedało się lepiej niż ostatni tom z serii o Harrym Potterze. Jest też najczęściej kupowanym ebookiem w historii literatury elektronicznej na świecie. Poza 100 milionami dolarów banknotowego zysku – Erika Leonard dorobiła się też pozycji na zaszczytnej liście najbardziej wpływowych ludzi na świecie. Liczby jakoś mnie specjalnie nie szokują i nie jarają. To, co mnie przekonało do napisania tego tekstu, to zbiorowa histeria współczesnych pensjonarek, jaką napotykam w autobusie miejskim, u kosmetyczki czy w uczelnianych korytarzach. Te podekscytowane piski, rozemocjonowane wydechy i pruderyjne chichoty, utwierdzające w przekonaniu, że zadziało się coś niezwykłego. Kobiety naprawdę tłocznie wystawały w kolejkach w dniu premiery kolejnych tomów i masowo debatowały o rozwoju sytuacji bezwstydnej pary. Pochwalne nagłówki w prasie dziękują autorce za „urozmaicenie życia erotycznego kobiet”, a kolejne teksty wieszczą rychłe nadejście rewolucji seksualnej oraz przeobrażenie sfery intymnej setek tysięcy ludzi na całym świecie. Oto podobno niegdyś „gospodynie domowe”, a dziś „porno-mamuśki” całymi nocami przewracają strony „50 twarzy…”, w międzyczasie krępując krawatami swoich mężów. Wreszcie znalazły odwagę i siłę by dać upust żądzom – szczelnie skrywanym przez lata. Internetowe fora pękają w szwach od wyznań pań wcielających w życie książkowe scenariusze, po odegraniu których niejednokrotnie interweniować musi pogotowie ratunkowe. Po raz pierwszy pokrzepiająca wydała mi się myśl, że 60% Polaków w ostatnim roku nie przeczytało żadnej książki. Licho jednak nie śpi, w sierpniu 2014 do kin wchodzi ekranizacja "50 twarzy…". Moja wewnętrzna bogini łapie się za głowę…

Leave a Reply