LOADING

Type to search

1 KOR 13; 1 – anatomia miłości

zafor hasan 30 marca 2015
Share

 ” Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.”

                                                                                                           (1 Kor 13; 1)

    Wiele razy słyszałem ten i kolejne wersy z pierwszego Pawłowego listu do Koryntian, ale czy kiedykolwiek rzeczywiście i do głębi się nad nimi pochyliłem? Czy pozwoliłem sobie stanąć przed tym tekstem w wolności? Czy odważyłem się zadawać pytania? Z Pawłowym hymnem o miłości jest taki problem, że wydaje się być oczywiście oczywisty. O co tu pytać? Nad czym się pochylać? Wszystko wydaje się być proste i zrozumiałe, a więc – odmeldować się proszę i wykonać.

   A tu na samym początku już jest potężna mina. Z jakiego powodu moja mowa staje się pusta, choćby była nie wiem jak piękna i wyszukana?  Co nadaje mojej mowie rzeczywisty sens i wartość? Co sprawia, że nie staje się ona pustosłowiem, twórczością własną? Miedź pokryje się patyną, cymbał wybrzmi i ucichnie (można weń – jak to czynią liczni – bez ustanku). Słowa, ich znaczenie – co wydaje się być naturalną konsekwencją – grzęzną gdzieś w zgiełku świata, milkną lub co gorsza w ogóle nie zostają nawet usłyszane. Tyle ich dzień w dzień, tydzień po tygodniu pada, wybrzmiewa.  Ich mądrość zapada się w otchłaniach zapomnienia, ich groza powoli zostaje oswojna, ich przestroga z czasem nie ma przed czym chronić.

   Ze słowami i szerzej z mową jest tak, że pozwalają się (i przede wszystkim do tego służą) komunikować. W takim rozumieniu nie chodzi o maestrię, piękno i urok, ale o zrozumienie. Ja do ciebie mówię więc ty wiesz, o ten komunikat zaistniały pomiędzy dwoma ludźmi zmienia się postrzeganie świata. Ks. Józef Tischner mawiał: „stutkiem rozmowy dwóch ludzi jest to, że po jej odbyciu oboje już nie są tymi samymi ludźmi, jakimi byli jeszcze przed nią”. Twórcom, szkolonym obłaskawiaczom słów, służą one do tego by uwrażliwiać, zapisywać w ich znaczeniu zdarzenia minione, dawać świadectwo o czymś luk kimś, chwalić lub piętnować. To ważne i potrzebne zadanie. Posługiwanie się mową jest zatem obarczone ryzykiem i sporą odpowiedzialnością, ale to nadal jeszcze nic odkrywczego, nic o czym byśmy wcześniej nie wiedzieli, czego byśmy nie przeczuwali.

   Ciągle jednak brzęczy za uszami owa miedź, drży cymbał, którego dźwięk nie wygasł. Żeby wygasić ten niechciany przegłos, potrzebna jest miłość. „A gdybym miłości nie miał”. Co za miłość znowu? Czy aby nie jest to tylko ckliwy, patetyczny retoryzm, wstawiony by było bardziej tajemniczo? Co co w tym wersie i w ogóle ma oznaczać – „mieć miłość”?

5419907020_a86c59e9f3_o

   Jak dla mnie – „mieć miłość” – oznacza, umieć oddać się Miłości, która zaryzykowała mnie stworzyć. To ruch odbywający się na zewnątrz, poza swoje własne „ja”. Błędem jaki do tej pory z zawziętością godną lepszej sprawy popełniałem, było usilne staranie się wsadzenia tej Miłości w siebie. Wszystkie te zaproszenia skierowane ku Bogu, wszystkie: „wejdź Panie w moje życie” – były nieskuteczne, a to z tego powodu, że – skoro Bóg jest Bogiem, to przenika mnie jak chce i kiedy chce. Nie potrzebuje do tego ani mojego zaproszenia, ani mojej zgody. Taka jest jego natura i bez narusznia mojej autonomii – porusza się w moim wnętrzu dość swobodnie, w takim sensie, że nic nie jestem w stanie przed nim ukryć, nic go nie dziwi, nie zaskakuje. Czeka, aż to ja wykonam ruch ku Niemu. Kiedy zdecyduję się wyjść i wejść w życie Boga. Za każdym razem, kiedy mi się to udaje, ogarnia mnie właśnie ta miłość, o której pisze św. Paweł. Nagle mogę poczuć, że rzeczywiście nie wiem jak wielki jest mój Bóg, bo nie stawiam mu żadnych ograniczeń. Sam naturalnie też nie mogę Go ogarnąć. Za pierwszym razem, zazwyczaj zaczyna się spadać, ale z powodu takiego, że Bóg nie ma dna, leciałem do momentu, w którym nauczyłem się fruwać.

   „Mieć miłość” – oznacza dla mnie, umieć zaufać. Wyjść. To wyjście powala, bo nagle okazuje się, że tak samo jak Bóg ma mnie, ja mogę mieć Boga. Ta wymiana nazywa się miłością. Nie wiem czy owa wymiana cokolwiek daje Bogu, ale mi daje wszystko w dosłownym sensie, co oznacza, że nie jestem w stanie posiadać nic więcej niż to, co otrzymałem od Boga. Od nikogo też nie mogę niczego dostać, więc uznaję za niepotrzebną konieczność oczekiwania czegokolwiek. Jeżeli wszyscy dawalibyśmy sobie jedynie to, co otrzymaliśmy od Boga – szybko świat zorientowałby się, że wymieniamy się miedzy sobą Nim samym, czyli czystą miłością, bo nic innego nie posiadamy i nic innego nie możemy (skoro tego nie mamy) dać. Nasze, moje autorskie pomysły na dawanie czegokolwiek są miedzią brzęczącą i cymbałem brzmiącym.

   A to brzęczenie jak widać, zaczyna się od mowy czy to ludzkiej, czy anielskiej.

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Leave a Reply